Życie pełnią życia
„Życie pełnią życia” jest zagadnieniem, o którym często rozmawiamy na ostatnich zebraniach Kalokagatii. Co ono naprawdę oznacza? Każde spotkanie podsuwa nam nowe odpowiedzi i tematy do dyskusji. Postanowiliśmy, że warto całość tych rozważań usystematyzować w jednym, wspólnym tekście. Sześciu członków naszego klubu zgodziło podzielić się swoimi refleksjami. Zaczynamy jednak od wiersza Stanisława Barańczaka, który był inspiracją dla pierwszej opinii.
31.12.79: Już wkrótce
Już wkrótce wezmę się za siebie, wezmę
się w garść, zrobię porządek w szufladzie,
przemyślę wszystko do końca, zaplombuję zęby,
uzupełnię luki w wykształceniu, zacznę
gimnastykować się co rano, w słowniku
sprawdzę kilka słów, których znaczenie jest dla mnie wciąż niejasne,
więcej spacerów z dziećmi, regularny
tryb życia, odpisywać na listy, pić mleko,
nie rozpraszać się, więcej pracy nad sobą, w ogóle
być sobą, być wreszcie bardziej
sobą,
ale właściwie jak to zrobić, skoro
już,
i to od tak dawna, tak bardzo
nim jestem
Stanisław Barańczak
***
Czym jest dla mnie „życie pełnią życia”? Po prostu życiem. Czy można inaczej to rozumieć? Czy można żyć i jednocześnie odczuwać, że nie żyje się w pełni? Nie żyć w pełni (w całości), oznacza być częściowo martwym. Na poziomie czysto biologicznym ten paradoks rzeczywiście zachodzi – życie organizmu to ciągły taniec narodzin i śmierci komórek, czyli, paradoksalnie, aby żyć, częściowo musimy wciąż umierać na poziomie mikro (apoptoza). Pomijając jednak ten ciekawy aspekt, żyjemy ze zmiennym subiektywnym poczuciem żywotności, doświadczamy różnych stanów fizycznych i psychicznych na przestrzeni całego życia. Jakkolwiek jednak się czujemy w danej chwili, płomień życia wciąż w nas trwa, aż do ostatniego oddechu. Poczucie bycia żywym, samo uświadomienie sobie tego, że żyję, jest naturalnym, zdrowym przejawem dobrostanu.
Żyj pełnią życia! – wołają do mnie reklamy, media społecznościowe, poradniki, kursy, wyjazdowe retreaty i szerokie grono newage’owych guru well-beingu. No i super, wystarczy, że coś przeczytam, zapłacę za 8-godzinny kurs, wyjadę na festiwal, obejrzę filmik lub wypiję transcendentalne kakao i hop, już wiem co i jak, oddycham głębiej, i, oczyszczona z toksyn i balastu określonych oczekiwań, wykorzystuję 100% swojego mózgu do realizacji postawionych sobie celów, bo przecież, co jak co, ale moje ograniczenia istnieją tylko w mojej głowie. (Ironizowane).
„Życie pełnią życia” stało się już w poprzednim stuleciu najpierw symbolem kultury konsumpcji, teraz w XXI wieku pod przykrywką „być bardziej niż mieć” jest często towarem sprzedawanym ludziom wydrenowanym przez kapitalistyczną pogoń. Nawet jeśli w naszym otoczeniu lub bańce żyje nam się dobrze, to wielu i wiele z nas obecny system ekonomiczny do pary z kulturą lokuje gdzieś na obrzeżach godnej egzystencji, czegoś, co może czasem zdawać się stanem „martwoty”, szczególnie, że nasyconym przeważnie zmartwieniami, presją, oczekiwaniami (w dużej mierze nieuświadomionymi). Jest to stan, w którym funkcjonuje się w dużej mierze automatycznie, z rzadka mając moment, siłę lub potrzebę refleksji; stan, gdzie z ciągłego „niedoczasu” zanika granica pomiędzy pracą i odpoczynkiem. Niektórzy w takim stanie przeżywają życie, siłą pędu i wielu nieoczywistych zasobów pną się bez większych problemów. Niektórzy po drodze wchodzą na przeróżne wahadła. Pewne napięcia są za duże i trzeba je rozładować – czy to używkami, relacjami, konsumpcją (rzeczy i doświadczeń), podróżami. Więcej, mocniej szybciej. Żeby odreagować i wrócić w poniedziałek do zarabiania na to „życie”.
Są też i tacy, którym to tempo i presja szybciej odbierają siłę, i, chociaż mamy do dyspozycji otwarte kościoły, rzesze psychologów i zastępy duchowych pomagaczy z bogatym portfolio usług (od starożytnych technik po AI), depresja i zaburzenia lękowe stają się jednymi z najczęstszych chorób naszej cywilizacji.
Jak mówić o pełni życia w czasach nadmiaru? W naszym zachodnim, białym, starym świecie żyjemy w czasie przeładowania obietnicami możliwości, nadmiaru jedzenia, produktów i oczekiwań. Wielka czarna dziura w naszym ego, w naszym małym „ja” nie ma szans na zapełnienie, sytość w wiecznym wyścigu o lepszą przyszłość, samochód, dom, wakacje, weekend, samego siebie, samą siebie. Jest to doskonałe tło do rozwoju lęków, depresji, kompulsji i rozmaitych nieadaptacyjnych schematów, które budują naszą codzienność i udają nas samych. Jak dziecko w fazie omnipotencji, tak i my radośnie i bez namysłu wystrzeliliśmy się w kosmiczną próżnię za pomocą dynamitu przemysłu, hipertechnologii, popkultury, hiperkonsumpcji pod hasłem „I want it all and I want it now”.
Ale w kosmicznej próżni jest zimno i ciemno, nawet jeśli na najnowszym iPhonie Siri łagodnym głosem czyta nam „Kubusia Puchatka”. Kiedy dziecko się rodzi, to nie piękne ubranka czy zabawki są jego najważniejszymi potrzebami. Nawet nie jedzenie. To więź z drugim człowiekiem (matką najczęściej) jest warunkiem przetrwania i dobrego rozwoju każdego z nas na najwcześniejszym etapie. Więź, która pomaga nam samym osadzić się w sobie i połączyć ze sobą.
Dzisiaj bardzo wiele czynników nas odłącza od nas samych. Trudno czasem rozróżnić co jest mną, a co nie jest mną, żyjemy otoczeni symulakrami i wpełzają one coraz częściej w nasze postrzeganie samych siebie, stąd wrażenie, że rozpływamy się w powietrzu. Gdzie się kończę, a gdzie zaczynam, skoro jestem w gąszczu „moich” pragnień, tak daleko od moich rzeczywistych potrzeb? Gdzie jest ta pełnia, może akurat gdzieś jest na przecenie?
Po pierwsze nie mam pewności, że w ogóle jest coś takiego jak „pełnia życia”. Pełnia życia może być rozumiana jako „życie szczęśliwe” lub „życie spełnione”, łączymy więc tutaj odwieczną ideę szczęścia z elementem podsumowania, oceny, wglądu (niekoniecznie pod koniec życia). Możemy zajrzeć sobie pod podszewkę i podjąć się jakichś ocen, zdarza się to częściej w kryzysach lub chwilach zatrzymania i może przynieść różne wnioski, ale zawsze cenne, bo urealniające nas w świecie.
Moja wątpliwość tyczy się istnienia ideału pełni życia – jako taki, jeśli istnieje, to chyba tylko jako konstrukt teoretyczny w strukturach jakiś „-izmów” lub „-logii”. W doświadczeniu człowieka, może być refleksją, momentem wglądu lub wrażeniem (poczuciem), wciąż bardzo subiektywnym i podlegającym rozmaitym indywidualnym i kulturowym uwarunkowaniom, nie dającym się zatem uchwycić w ramy wspólnych definicji.
Po drugie, czy „pełnia życia” to stan „idealny”, „możliwie najbardziej doskonały”, i czy da się go osiągnąć i utrzymać? Myślę, że wręcz odwrotnie. Na przykład Księżycowi zdarza „być w pełni” prawdziwie przez zaledwie moment, gdy znajduje się dokładnie naprzeciwko Słońca względem Ziemi, natomiast zjawisko pełni Księżyca jest obserwowalne dla nas 2-3 noce w miesiącu. Jest to jednak figura umowna, nasze postrzeganie ziemskiego satelity umożliwione przez dobre oświetlenie. Księżyc jest cały czas okrągły i „pełny”, mimo że widzimy go w różnych „postaciach”. Nasze „pełnie” są tak samo incydentalne i trudne do uchwycenia, mało tego, możliwe tylko w warunkach sprzyjającego „oświetlenia” – otwarcia na postrzeganie (również zmysłowe), pewnej konstytucji układu nerwowego, która pozwoli zobaczyć dalej i szerzej, poza horyzont codziennych uwikłań i rutyn. Może kiedy puszczamy kontrolę, może kiedy widzimy jak mało, i jak wiele jednocześnie zależy od nas, a może wtedy kiedy tracimy coś i zyskujemy, wtedy przytrafiają się te momenty nowego spojrzenia? Czy zawsze to, co ujrzymy jako pełnię, jest idealne lub doskonałe? Z mojego doświadczenia wynika, że niekoniecznie. Pełnia chyba nawet z językowej definicji musi w sobie zawierać wszystko – całą paletę. Jest tam miejsce na całą gamę uczuć, kolorów, dźwięków, jest przestrzeń na ambiwalencje, gradienty, mieszanki i kakofonie.
We współczesnej lukrowanej plastikowej wersji „pełnia życia” jest tworem nieosiągalnym dla nikogo, bożkiem zmęczonych harówką mas, podrygiem agonii amerykańskiego snu o bogactwie. Zostawia za sobą miliony ton śmieci i rzesze ludzi wierzących, że muszą stać się „lepszymi wersjami siebie”. Jest to idea dodatku, oparta na pierwotnym założeniu braku – według tego niepisanego założenia, do szczęścia nam zawsze czegoś brakuje. Jeszcze to i to, i to zrobię, kupię, osiągnę, to wtedy… lub „a gdyby” – jak śpiewał Łona – „Polacy rozgdybani jak dziadowski bicz”.
Jestem. To wystarczy. To, że jestem. Że oddycham, że mogę wstać i iść. Kogoś przytulić, uśmiechnąć się, poczuć zimno lub ciepło… Mam wszystko. Myślę, oddycham, czuję, mam swoich ludzi wokół, są blisko mnie. Mamy jedzenie, mamy dom, mamy czas. Mamy blisko las.
Sandra
***
Co znaczy „żyć pełnią życia”?
Pytanie to wydaje się proste, a jednak kryje w sobie głębię, której nie sposób ogarnąć jednym spojrzeniem. Czy „żyć pełnią życia” oznacza podejmować każde ryzyko, które staje na naszej drodze? A może chodzi raczej o świadomość, że taka możliwość w ogóle istnieje, i że to od nas zależy, czy ją wykorzystamy?
W powszechnym rozumieniu „pełnia życia” kojarzy się z wolnością, spontanicznością, radością, czasem nawet z odrobiną szaleństwa. To wizja chwytania każdej chwili, smakowania świata bez ograniczeń, eliminowania zła i budowania własnej opowieści w barwach, które uznamy za najpiękniejsze.
Jednak nie istnieje uniwersalna recepta na „pełnię życia”. Nie ma złotego klucza, który otworzyłby przed nami drzwi do szczęścia. Każdy z nas musi tę drogę odnaleźć sam – wsłuchując się w swoje serce, obserwując świat i ucząc się na własnych doświadczeniach.
Można by rzec, że „życie pełnią życia” przypomina wędrówkę przez trudny, niekiedy nieprzyjazny krajobraz. To droga, na której napotykamy cierniste krzewy, ostre kamienie, a czasem gęsty, ciemny las. Jednak właśnie te przeszkody nadają sens podróży. Dzięki nim moment, w którym docieramy do jeziora (celu) i zanurzamy się w jego spokojnych wodach, smakuje pełniej i głębiej.
„Pełnia życia” nie jest więc stanem trwałym, lecz procesem – odwagą, by iść naprzód, nawet jeśli droga prowadzi przez mrok. To umiejętność dostrzegania wartości w każdej chwili i świadomość, że sens nie leży jedynie w końcu podróży, lecz w samej wędrówce.
Marzena
***
„Pełnia życia”. Tak często zdarzało mi się słyszeć to określenie, że przestałam zwracać na nie uwagę. Dopiero niedawno zastanowiłam się nad jego znaczeniem i w pewnym sensie zdecydowałam o tym, jak rozumiem te słowa.
Mogłabym to wyjaśnić krótko albo obszernie.
Krótko: „życie pełnią życia” pojmuję jako trwanie w ciągłej świadomości i niezapominanie o samym fakcie, że jest się żywym. Bardzo cenię taką postawę, która, chociaż wydaje się być oczywista, nie jest dla człowieka całkiem naturalna.
W dłuższym wyjaśnieniu powiedziałabym, iż wydaje się, że większość życia przeżywamy na „autopilocie”, realizując kolejne stawiane sobie, małe oraz wielkie cele. Refleksja, zdumienie oraz wdzięczność za fakt trwania na świecie, wraz z wszystkimi niesionymi przez los możliwościami, to raczej momenty, olśnienia, chwilowe zachwyty, nie zaś długotrwały stan.
Trudno, prawdę mówiąc, w takim ciągłym skupieniu na fakcie, że jest się żywym, zajmować się codziennością… Warto jednak wyłapywać jak najwięcej takich chwil, w których przypominamy sobie, że żyjemy i próbujemy objąć umysłem nie tyle sens, a sam fakt tego istnienia.
Te momenty są niezwykle przyjemne, zarówno dla ciała, jak i umysłu. „Pełnia życia” to dla mnie delektowanie się jazdą na karuzeli, przypominające bycie niesionym przez wiatr. To przyglądanie się pięknemu krajobrazowi, koncentrowanie się na smaku lub zapachu, docenienie dłoni osoby, którą darzy się uczuciem.
Jest wiele sposobów na przeżywanie „życia w pełni”: pełnia oznacza tu wszystko, co życie oferuje zarówno za darmo i od razu, jak i w związku z wysiłkiem albo wydatkami.
Tak czy inaczej „pełnia życia” wydaje się być czymś, czego każdemu człowiekowi życzyłabym doświadczyć, przynajmniej na kilka chwil… Całe szczęście, że możliwość „życia pełnią życia” znajduje się w zasięgu ręki i umysłu każdego człowieka.
Ola
***
Dla mnie „życie pełnią życia” to codzienne wybieranie siebie – swoich pasji, wartości i autentycznego stylu życia. To odwaga, by najpierw odkrywać to, co naprawdę sprawia mi radość, co mnie napędza i daje poczucie sensu, a dopiero potem myśleć o karierze. Wierzę, że kiedy robimy to, co kochamy, z czasem pojawia się naturalny sposób, by połączyć to z pracą zarobkową.
„Pełnia życia” to nie gonitwa za sukcesem według cudzych definicji, ale życie w zgodzie ze sobą. To budowanie codzienności opartej na pasji, wolności wyboru i wewnętrznej harmonii. Dopiero wtedy praca staje się czymś więcej niż obowiązkiem – staje się przedłużeniem tego, kim jesteśmy.
Mateusz
***
„Żyć pełnią życia” to zredukować słowo „muszę” do absolutnego minimum, natomiast skoncentrować się na tym, co chcę” robić. Niewątpliwie, na przykład, musimy jeść, czy chodzić do pracy, ale to, co jemy, czy czujemy zadowolenie z wykonanej pracy, zależy już tylko od nas. To, co musimy robić, jest fundamentem do tego, żeby móc zrealizować swoje marzenia i się rozwijać oraz dążyć do pełniejszej wersji siebie. Już w tym, co musimy robić, kluczowe jest uświadomienie sobie, że każda chwila przemija i istotne jest, aby cieszyć się nią oraz doświadczać życia tu i teraz. Tylko wtedy możemy dojść do wniosku, że w życiu niezbędne jest nastawienie na to, co „chcę” w nim robić. Wtedy rodzi się aktywne podejście do życia, niepoddawanie się trudnościom, wychodzenie z rutyny oraz podejmowanie wyzwań.
Wówczas też uświadamiamy sobie, że niezbędne jest wzięcie odpowiedzialności za to, jak wygląda nasze życie oraz uznanie, iż zależy ono głownie od nas samych.
„Życie pełnią życia” nie oznacza, że będziemy czuli tylko przyjemne doznania. Wręcz przeciwnie, będziemy odczuwać też smutek, czy strach oraz dziesiątki innych emocji.
Natomiast, podążanie własną ścieżką oraz nastawienie się na to co „chcę” robić w życiu, niewątpliwie zbuduje nasz optymizm, który jest podstawą radości i pozytywnego myślenia oraz pomaga w pokonywaniu przeszkód. Dzięki niemu staniemy się odważniejsi, a także przestaniemy się bać wyzwań oraz zmian w życiu. Tylko wtedy możemy poczuć, że „żyjemy pełnią życia”.
Grzegorz
***
Kłopot z wieloma powiedzeniami polega na tym, że na przestrzeni lat ich rozumienie zniekształciło się. Dzisiaj, gdy radzi się komuś, żeby „żył pełnią życia”, często ma się na myśli, by wykonywał dużo czynności, spełniał się na wielu frontach, miał wypełniony dzień aż po brzegi.
Intuicyjnie, nie zgadzam się z takim stylem życia. Rolą filozofii (i filozofa) jest szukanie sensu we współczesnym chaotycznym świecie. Postaram się przedstawić więc własny punkt widzenia na to, czym jest „życie pełnią życia”.
Zacznę od tego, że zachowuję zdrowy dystans (innymi słowy: sceptycyzm 😉 ) do kołczingu i szeroko rozumianego rozwoju osobistego. Uważam, że człowiek powinien w swoim życiu szukać głównie szczęścia, a nie sukcesu. Kłopot polega na tym, że ta ścieżka ku szczęśliwości jest zawsze osobista. A więc każdy dojdzie do niej odmiennym traktem, i w innym czasie. Współczesna rzeczywistość wszędzie każe nam się jednak spieszyć, nie powinniśmy zmarnować ani jednej minuty.
Dzięki mediom społecznościowym możemy bez przeszkód podglądać życie innych. Wywołuje to w nas poczucie zazdrości, chcemy mieć podobnie ciekawą egzystencję. Wydaje nam się, że ciągle robimy za mało (bo przecież pozostałym tyle się udaje), jesteśmy niekompletni. Presja świata zewnętrznego bywa potężna. Trzeba przyznać szczerze, sami na nią pozwalamy, i z łatwością jej ulegamy.
Czy można się przed tym ochronić i „żyć pełnią życia” inaczej? Wydaje mi się, że tak, lecz wymaga to świadomości zagrożenia i odwagi podążania własną drogą. Pierwszym krokiem byłoby niepoddawanie się naciskowi otoczenia i robienie wszystkiego w swoim tempie, czyli najczęściej wolniejszym od przyjętej normy.
Powinniśmy więc unikać pośpiechu, i nie martwić się wysiąść z pociągu, gdy pędzi on dla nas za szybko. Pogodzenie się ze sobą i wewnętrzną niedoskonałością to byłby więc krok kolejny. Bo takie podejście ułatwi nam rezygnację z dóbr materialnych i niematerialnych, gdy ich zdobycie kosztuje za dużo.
Wspomniana postawa spotka się zapewne z krytyką i/lub szyderstwem innych, nastawionych na sukces i zdobywanie, ale końcowa nagroda jest znacznie większa od każdej nieprzyjemności.
Metą tego długiego szlaku byłoby więc ostateczne uwolnienie się od ludzkich ocen. I właśnie na tym polega, według mnie, „życie pełnią życia”. Chociaż jest to ekstremalnie trudne, wierzę, że każdy z nas ma zdolność osiągnąć taki stan.
Michał
PS W linkach poniżej przypominamy nasze poprzednie zbiorowe teksty
Filozoficznie o wakacjach
https://kalokagatiakrakow.blogspot.com/2022/06/filozoficznie-o-wakacjach.html
Wiosna już tu jest
https://kalokagatiakrakow.blogspot.com/2023/03/wiosna-juz-tu-jest.html
18 lat temu…
https://kalokagatiakrakow.blogspot.com/2023/10/18-lat-temu.html
Czym jest życie
https://kalokagatiakrakow.blogspot.com/2025/02/czym-jest-zycie.html
Wspomnienie o JPII
https://kalokagatiakrakow.blogspot.com/2025/04/wspomnienie-o-jpii.html



Komentarze
Prześlij komentarz