18 lat temu...
3 października to ważny dzień dla członków Kalokagatii. W 2005 roku poznaliśmy się, zaczynając studia filozoficzne w Papieskiej Akademii Teologicznej (obecnie Uniwersytet Papieski Jana Pawła II). Obchodzimy więc dzisiaj 18. rocznicę naszej znajomości.
W związku ze swoim niezdecydowaniem, 3 października 2005 r. wspominam jako dzień gonitwy pomiędzy budynkami na ul. Franciszkańskiej, św. Filipa i na Rynku. Studiowałem bowiem dwa kierunki na pierwszym roku: oprócz filozofii, także amerykanistykę na UJ. Ledwo skończyłem jedne zajęcia, zaraz pędziłem na drugie, i tak od godziny 8 aż do 20 w ciągłym ruchu, bez nawet najmniejszej przerwy na większy posiłek.
Pamiętam wszystkie wykłady z filozofii (logika x 2 oraz ćwiczenia z historii filozofii starożytnej) i nieliczne z amerykanistyki tego dnia (na pewno była geografia Ameryki Północnej oraz bardzo interesujące ćwiczenia z filozofii amerykańskiej – o tym, iż uczęszczam na podobny fakultet, przyznałem się po kilku miesiącach w niecodziennych okolicznościach, rozpoznany przez prowadzącą zajęcia na tarasie w Kinie Pod Baranami).
Jako że jestem nieśmiały, to łatwiej mi było studiować filozofię, bo w przeciwieństwie do amerykanistyki, kilka osób znałem już wcześniej. Z Olą P., o czym może nie wszyscy jeszcze wiedzą, chodziłem do jednej klasy w liceum. Olgę Sz. kojarzyłem również z IX LO w Krakowie (poza tym moja Mama przyjaźniła się z Mamą jej przyjaciółki), a z Sandrą zdawaliśmy razem także na socjologię UJ. Trzy znajome twarze to wielki kapitał, który niewątpliwie ułatwił mi start.
Pierwszego dnia poznałem Olgę G. i Kasię M., które zakolegowały się z Olą. W kolejce do sekretariatu miałem niezwykle miłe towarzystwo w postaci Karoliny, a wieczorem, gdy czekałem pod Kościołem Mariackim na spotkanie klasowe, rozpoznała mnie Marlena.
Ćwiczenia z logiki były na drugim piętrze, w prawym skrzydle; na wykład z logiki (duża sala na pierwszym piętrze w lewym skrzydle) spóźniłem się, pamiętam jednak rozdanie indeksów na jego koniec. Ćwiczenia z historii filozofii starożytnej (ta sama duża sala na pierwszym piętrze) wzbudziły we mnie zarazem przerażenie i zachwyt. Niestety, starożytnej greki nigdy się nie nauczyłem, za to, na szczęście, samą filozofią zauroczyłem się już pierwszego dnia, i kocham ją do dziś.
Moja miłość do filozofii od dzisiaj jest pełnoletnia i dojrzała. Oby była też dozgonna. Tak mi dopomóżcie, Platon, Arystoteles i wszyscy inni.
Michał
Pierwsze dni studiowania filozofii wspominam jako nieustanny zachwyt nad faktem bycia studentką, kroczenia uczelnianymi korytarzami, poznawania ludzi podzielających moje zainteresowania… i przesiadywania z nimi po zajęciach w krakowskich knajpach.
Nie pamiętam tego okresu szczegółowo, ale za to utrwalił mi się dzień egzaminu wstępnego, który miał miejsce w lipcu 2005…
Kolejka kandydatów, atmosfera niepewności, przerzucanie kartek i nerwowe tuptanie w miejscu. W pewnym momencie z jednej z sal wyszedł chłopak i rzekł: „wiem, ze nic nie wiem”. Towarzystwo na korytarzu zareagowało śmiechem. „A kto to powiedział?” – zapytała mama jednego z kandydujących młodzieńców. „A czy ja zdaję na filozofie!?” – odpowiedział niedawny maturzysta i po korytarzu przebiegł jeszcze głośniejszy śmiech.
Po tych wszystkich latach ja również wiem, że nic nie wiem, i jestem z tego powodu dumna i szczęśliwa. Dlaczego? Postudiujcie filozofie (lub przynajmniej śledźcie nasz blog), a sami zrozumiecie…
Ola

Komentarze
Prześlij komentarz