Filozoficznie o wakacjach

Dzisiaj pierwszy dzień wakacji, przynajmniej dla uczniów. Postanowiliśmy go uczcić tekstem okolicznościowym, jednak wyjątkowym, bo napisanym przez kilka osób. Tematyka artykułów była dowolna, byle związana z tym specjalnym czasem. Pięć różnych głosów, przemyśleń, opinii. Zapraszamy do lektury!

 

 

***

Nadchodzi taki czas w każdym z nas, kiedy chcemy odpocząć. Kiedy nasz organizm potrzebuje świeżego oddechu i nowych mocy. Mówimy wówczas, że nasz organizm potrzebuje wakacji.

Ale warto zadać sobie pytanie, czy mówiąc o wakacjach, mamy na myśli pewien okres w roku, który poświęcamy na wyjazd, relaks, nie pracujemy i nie martwimy się o „obiad”? Czy chodzi nam o czas naładowania akumulatorów, zmianę trybu życia, żywienia, kiedy nasze ciało dostaje nowych bodźców regeneracyjnych?

Ale wakacje mogą być też związane z duszą. Ona również potrzebuje regeneracji. Wówczas przychodzi nam z pomocą filozofia.

Wakacje z filozofią? Czemu nie. Filozofia leczy duszę. Ale najpierw należy poznać „samego siebie”, do czego nawoływał Sokrates. Zdrowa dusza to zdrowy umysł. Wszystko zatacza krąg i wszystko się łączy, to znaczy ma cel, do którego zmierza. Tym celem jest odpoczynek, czyli wakacje.

Marzena

 

***

Wraz z nadejściem lata, wakacji i urlopu w pracy, dotarło do mnie pewne uczucie, powtarzające się cyklicznie o tej porze roku, jednak tym razem chcę przeżyć je świadomie, przepracować w sobie. Często bowiem bywa tak, że do naszej świadomości dobijają się nieśmiało pewne zachcianki, pragnienia, intuicje, które zbywamy z lekceważeniem, nadając im miano czy to chwilowych kaprysów, czy lustrzanych odbić setek bodźców, oczekiwań, czy możliwości bombardujących nas zewsząd cały czas. No właśnie – o tym będzie ten tekst. Żyjemy w czasach nadmiaru.

W świecie, w którym egzystujemy, wszystko w tajemniczy, choć zarazem cudowny sposób funkcjonuje we względnej równowadze. Nadmiar przeważnie powoduje dojmujący brak gdzieś w innym miejscu. W lecie nie tylko przyroda wybucha z całą organiczną siłą zregenerowanej przez pół roku energii, również my, zmęczeni długimi miesiącami pracy, szkoły (nie wspominając już o pandemii i wojnie za naszą granicą) rzucamy się w wir planowania, jak tu wypocząć, zregenerować, „nażyć się” przez ten śmiesznie krótki czas dwóch miesięcy lub, co gorsza, dwóch tygodni.

To uczucie, o którym wspomniałam na początku, to takie wakacyjne FOMO, z ang. fear of missing out, czyli strach przed tym, co nas omija. Strach, przejawiający się czasem tylko jako dyskomfort, może niekiedy skutecznie zepsuć jakość doświadczania przyjemności, uczestniczenia w wydarzeniach, czy, co chyba najczęstsze, sprawiać, że nie damy sobie prawa do bezczynności.

Czy w tym krótkim czasie legalnego wypoczynku uda nam się wykorzystać 100% możliwości? Nie, nigdy, ale być może, przy odrobinie świadomego wysiłku, uda się zatrzymać, odczuć zmysłami otoczenie, puścić wodze wyobraźni i wyjść poza schemat codziennej rutyny i oczekiwań. Jeśli to brzmi tak jakby luksusowo dla Ciebie – to znaczy, że najprawdopodobniej bardzo tego już potrzebujesz. Może uda się posłuchać samej/samego siebie, zapytać, czego potrzebuję w tej danej chwili? Jest szansa, że w zasadzie niczego teraz nie potrzebuję – jest perfekt! Chwilo trwaj!

Wysoko wrażliwe osoby, w tym siebie i wszystkich zmęczonych zachęcam do JOMO (ang: joy of missing out). Może nie pójdziemy na kolejny piknik/grill lub plenerowy koncert, ale wsłuchamy się w siebie i odkryjemy, co mogłoby nas w tej konkretnej chwili ukoić, nakarmić – jakie dźwięki, smaki, spotkanie czy paradoksalnie, brak czego może nas zrównoważyć i napełnić spokojem.

Och, jak ja uwielbiam bezczynność! W rzadkich chwilach, kiedy sobie na nią pozwalam, wracam do siebie, mój mózg odpoczywa i zdaję sobie sprawę, jak niewiele potrzebuję. Momenty te nie wyglądają spektakularnie, ale leczące i niezbędne do zdrowego funkcjonowania. W wakacje doceniam w dwójnasób spokój i piękno, mogę jednak sobie na to pozwolić, tylko po pokornym zaakceptowaniu faktu, że wiele mnie omija, ale czerpię z tego ogromu tyle, ile potrzebuję, czyniąc z tego, co doświadczam, celebrację. Zrzucam z barków opresyjne założenie, że życie jest krótkie.

Możemy poczuć względność czasu tylko wtedy, kiedy w szale zabawy czy obowiązków upływa w momencie, ale przeżywamy również świadomie jego powolne mijanie.

Krzyżówkowe pojęcie przeciwstawne do straty to zysk. Strata jest naturalną stroną życia każdego z nas, czymś, co pozwala nam doceniać wartość tego, co mamy, i jak żyjemy. Wybieram wartość zamiast zysku w wakacje – w końcu mam na to czas.

Sandra

 

***

Wakacje to niemalże magiczne słowo. Kojarzy się przede wszystkim z czymś ogromnie wyczekiwanym, z pewnym pragnieniem, dążeniem. Zawiera w sobie charakter nagrody, uwieńczenia procesu. Trochę tak, jakby cała reszta była po to, by dotrwać do urlopu. Mam wrażenie, że stan wakacyjny to taki, który w głębi naszych dusz i umysłów uważany jest za ten właściwy. Taki, jaki powinien być cały czas. Pracujemy, sprzątamy, podejmujemy wyzwania i realizujemy zadania po to, by pojechać na wakacje i tam… być naprawdę.

Jeśli rzeczywiście bycie na wakacjach jest tą właściwą, prawdziwą formą egzystencji, to na czym ona polega? Wydaje się, że przede wszystkim na upragnionym przez nas nieskrępowaniu. Jesteśmy na wakacjach – czyli robimy to, co chcemy, a nie musimy robić. Chcemy mieć dużo wolnego czasu, chcemy się nie spieszyć, chcemy zwiedzać świat, chcemy poznawać wspaniałych ludzi. Chcemy. Nie musimy. Być może to jest esencja wakacji.

A teraz bum! Zderzenie z moją rzeczywistością. Niedawno wyjechałam na urlop. Przygotowania do tego dnia niemal mnie wykończyły. Ale czego się nie robi dla widoku Beskidów za oknem 😊 Otoczenie jest przepiękne, wręcz doskonałe. Tęskniłam za nim, i teraz, gdy się tu znalazłam, podziwiam je i uwielbiam. Ale wszystko inne, o czym pisałam w poprzednich akapitach, jest niemożliwe do osiągnięcia dla mnie, ponieważ jestem mamą i moje wakacje to wciąż nieustanne obowiązki 😊 Nie jest moim celem narzekanie, absolutnie nie 😊 Chodzi mi tylko o to, że czas wolny, brak pośpiechu, oderwanie od obowiązków i odpowiedzialności w rodzicielstwie jest niemożliwe nawet na wakacjach. Jednak jest pewien plus. Nie mam teraz wprawdzie czasu dla siebie, ale rzeczywiście mam go więcej dla swoich chłopaków i to jest wspaniałe 😊

Ola

 

***

Zawsze kiedy ktoś pyta mnie, czym jest dla mnie podróżowanie, jako filozofowi jest mi niezmiernie ciężko odpowiedzieć. Nie dzieje się tak dlatego, że jest „niczym” lub jedynie fizycznym przemieszczaniem się z miejsca na miejsce, ale stanowi ten element, który bardziej angażuje moje emocje i uczucia aniżeli rozum, czy jakakolwiek racjonalna analiza. Mimo zmęczenia, niewyspania, gorąca, głodu, podróż sprawia, że mam ochotę zajrzeć w głąb siebie, i z chęcią to robię.

W najprostszy sposób na pytanie o to, czym jest dla mnie bycie w drodze, miałoby się ochotę odpowiedzieć: wszystkim. Ale co to znaczy wszystkim? To ani nie oddaje istoty rzeczy, ani nie wyczerpuje tematu.

Karl Jaspers w swojej filozofii człowieka mówił o tzw. sytuacjach granicznych, a więc cierpieniu, śmierci, trudnościach jako o sytuacjach, kiedy człowiek poznaje prawdę o samym sobie. I choć podróż ma się nijak do warunków, o których pisał Jaspers, to jest dla mnie właśnie taką swoistą sytuacją graniczną. Nie tylko zaspokaja moją potrzebę poznawania miejsc, które odwiedzam, i ludzi, których spotykam, ale daje mi też możliwość poznania siebie, sprawdzenia się w różnych, czasem bardzo niespodziewanych, okolicznościach, przełamania swoich słabości i złych nawyków, które w życiu codziennym nazbyt często dają o sobie znać.

Podróż to nieodzowny element mojego życia, takie wewnętrzne lustro, wyjątkowy kompas, bez którego szybko bym zabłądził, a moje życie straciło na wartości.

Marcin

 

***

Egzystencja ludzka jest krótka i ograniczona. Czy jest więc sens podróżowania do miejsc, gdzie się już było, gdy równie dobrze można odkrywać nowe lądy? Czy nie tracimy cennego czasu, by zobaczyć coś raz jeszcze?

Wśród swoich znajomych zrobiłem krótką ankietę na ten temat, zdecydowana większość głosów (chociaż nie wszystkie) sugerowała, że warto wracać do odwiedzonych miejsc.

Uzasadnienia można sprowadzić do dwóch odpowiedzi. Obie w zasadzie wyczerpują zagadnienie. Ich paradoks polega na tym, że są one przeciwstawne, ale mimo to jak najbardziej racjonalne.

Po pierwsze, wracamy więc do nowych miejsc, by przeżyć w nich coś nowego (ale lepiej, gdyż teren został już poznany i w jakimś stopniu ujarzmiony); po drugie, wracamy, by przywołać pozytywne wspomnienia związane z poprzednią podróżą.

Co w tym sprzecznego?

Heraklit z Efezu mawiał, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. To powiedzenie jest dziś opacznie stosowane jako wytłumaczenie, dlaczego nie powinno się czegoś robić ponownie.

Naprawdę, chodzi o to, iż ja, i rzeka cały czas się zmieniamy. Ja nie mogę wejść drugi raz do tej samej rzeki, ponieważ bardzo się zmieniłem od pierwszego razu, ale także rzeka jest kompletnie inna (bardzo istotne!).

Każda podróż, nawet do tego samego miejsca (rzeki) będzie więc przebiegała inaczej od poprzedniej.

Ale co ze wspomnieniami? Otóż one zakładają podobieństwo do pierwszej wyprawy. Wracam do miejsca, dlatego że pragnę sobie przypomnieć wszystkie dobre chwile, które mnie tam spotkały. Nawiązując do myśli Heraklita, świadomie wchodzę do rzeki z nadzieją, że ja jestem taki sam, jak byłem, i że rzeka także pozostała niezmienna.

Wracam więc, bo chcę, by rzeka była inna, lub wracam, bo chcę, by była taka sama 😊

Powyższe rozważania przypominają doświadczenie o kocie Schrödingera.

Ilu ludzi, tyle zdań. Jedno pozostaje stałe: warto podróżować 😊

Michał

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O tkaniu wspólnoty

Wypełniamy Kwestionariusz Prousta

Zebranie zarządu (22 lutego) – sprawozdanie