Wspomnienie o JPII
Nieprzypadkowo tytułuję swój artykuł „Wspomnienie o JPIII”. Przywoływanie osoby Jana Pawła II za pomocą tego skrótu było czymś bardzo rozpowszechnionym w ostatnich latach Jego życia oraz krótko po śmierci, a mnie oraz osoby w wieku zbliżonym do mojego określano mianem „pokolenia JPII”.
Dzisiaj (2 kwietnia 2025 r.), w dniu dwudziestej (trudno w to uwierzyć!) rocznicy śmierci Karola Wojtyły pragnę podzielić się swoim wspomnieniem tamtego, już tak odległego dnia, w którym świat nagle wydawał się przybrać całkowicie inne oblicze – ciche, natchnione, a nawet mistyczne.
Zanim przystąpię do dzielenia się osobistymi przeżyciami, warto krótko przywołać sylwetkę biograficzną tego Człowieka.
Lolek – jak był nazywany w dzieciństwie – urodził się w Wadowicach 18 maja 1920 roku. Wcześnie stracił mamę, miał też dwójkę rodzeństwa (Olga – żyła 16 godzin; Edmund – został lekarzem i zmarł w wieku 26 lat na szkarlatynę, zaraziwszy się podczas pracy w szpitalu). Chłopca wychowywał ojciec.
Młody Karol uwielbiał sport, wędrówki górskie oraz teatr. Znany był z wielu talentów, w tym poetyckiego. Wybrał studia polonistyczne na UJ, jednak wojna odebrała mu możliwość kontynuowania studiów, zatrudnił się więc w zakładach chemicznych Solvay. Pracował w kamieniołomie w Zakrzówku, a potem w oczyszczalni wody w Borku Fałęckim. Jestem wzruszona, mając świadomość, że miejsca te związane są także z moją własną biografią.
Jeszcze w czasie wojny Karol postanowił studiować teologię i wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie. W 1946 roku został wyświęcony na księdza. Następnie wyjechał do Rzymu, aby tam kontynuować studia i w 1948 roku otrzymał stopień doktora.
Po powrocie do kraju został skierowany najpierw do Niegowici, następnie do parafii św. Floriana w Krakowie. Poświęcił się następnie pracy habilitacyjnej, ale też pisarstwu publicystycznemu. Dużo uwagi poświęcał filozofii (św. Jan od Krzyża, św. Tomasz z Akwinu, Max Scheler). Za jedno z ważniejszych dzieł Karola Wojtyły uważana jest książka „Miłość i odpowiedzialność”. Jest ona owocem jego studiów oraz rozmów prowadzonych ze studentami i młodymi małżeństwami w czasie wypraw wakacyjnych.
Pominę bardzo bogaty i szczegółowy okres rozwoju duchowego Karola Wojtyły, który doprowadził go do roku 1978, kiedy to został wybrany na papieża. Dla nas, Polaków, wydarzenie to ma nieopisany wymiar historyczny i metafizyczny, o którym również trudno byłoby pisać krótko i hamując uniesienie. Warto jednak mieć w pamięci to, w jakim momencie swoich dziejów znajdował się wówczas nasz naród, żeby w pełni rozumieć, co dla nas oznaczało wtedy takie a nie inne powołanie Głowy Kościoła.
Wracając do 2 kwietnia 2005 roku widzę siebie: w głowie mam zdawanie matury, na nogach glany i nie zdaję sobie jeszcze sprawy, jakie wydarzenia staną się częścią mojej historii, i z jaką pasją będę opowiadała o nich własnym dzieciom oraz uczniom.
Na kilka dni przed 2 kwietnia 2005 r. w przekazach medialnych nie było słychać prawie niczego innego niż to, że stan zdrowia papieża jest coraz bardziej niepokojący. W powietrzu coraz mocniej dawało się odczuć atmosferę napięcia i lęku przed nieuchronnym. Tempo świata naprawdę wydawało się wówczas spowolnione. Działo się to we wszystkich środowiskach, począwszy od domu, kończąc na miejscach publicznych takich jak ulice miasta.
I to właśnie na Starym Mieście w Krakowie przebywałam w momencie kiedy na wieży Kościoła Mariackiego pojawiła się wielka, czarna flaga. Nie zapomnę, jak towarzysząca mi wtedy w spacerze przyjaciółka usiłowała wypierać to, co ta flaga oznaczała: „nie, to na pewno nie o to chodzi”, „jeszcze się okaże, że wszystko jest dobrze”.
Następne dni przyniosły niezwykłe doświadczenia. Przepełnione ulice miast, niezliczona ilość świec i zniczy, płynąca z różnych miejsc muzyka, nastrój żałoby, lecz – co najbardziej niezwykłe – niosący coś bardzo pozytywnego: jedność pomiędzy ludźmi. Każdy napotkany człowiek wydawał się podzielać targające nami wtedy emocje. Opłakiwanie wielkiego Polaka było czymś spójnym, oczywistym i niepodważalnym.
Myśląc o tym wszystkim mogę powiedzieć, że jestem po prostu naprawdę szczęśliwa i wdzięczna losowi za to, że było mi dane doświadczyć takich wydarzeń. Dlatego też jestem dumna z faktu, iż ukończyłam studia na uniwersytecie imienia Jana Pawła II, mogę też chwalić się pracą w szkole podstawowej cieszącej się tym samym patronem.
Hymn naszej szkoły wspomina Karola Wojtyłę takimi słowami:
„Wśród trudów i burz, nasz pasterz i wzór,
Przewodnik po trudnych ścieżkach życia…”
Ola
Gdybym miał wskazać, jakie uczucia względem Jana Pawła II najsilniej we mnie przemawiają, podkreśliłbym te same, o których wspominała w tekście powyżej Ola: duma i wdzięczność.
Będąc wychowanym w Polsce w latach 90. ubiegłego wieku, należę do pokolenia, które miało (na szczęście to już przeszłość) ogromne kompleksy w stosunku do Zachodu. Często szukaliśmy potwierdzenia swojego statusu i docenienia w świecie. Jan Paweł II ze swoją pozycją i autorytetem ten głód uznania za równych innym zaspokajał. Chociaż pochodził z „dalekiego kraju”, to był kimś, przed kim inni wielcy oddawali pokłony, starali się o jego względy. Udowadniał, że być z Polski, to nie znaczy być kimś gorszym. Napełniał nas dumą.
Jan Paweł II był nie tylko najsławniejszym Polakiem na świecie. Był też najsławniejszym kibicem Cracovii w historii. To już jest drugi poziom dumy, może dla mnie nawet bardziej osobisty. Otóż kibicowanie Cracovii w latach 90. ubiegłego wieku to była prawdziwa próba charakteru godna Hioba. Tydzień w tydzień kolejne niepowodzenia, beznadzieja i rozpacz. I obrona przed spadkiem do IV ligi. Świat wydawał się o nas zapominać, ale Papież zawsze pamiętał o swoim ukochanym klubie.
Chociaż na boisku przegrywaliśmy, to z takim kibicem moralnie wygrywaliśmy 😊
I będąc najpierw dzieckiem, a następnie nastolatkiem, czułem właśnie dumę, że łączy nas miłość do tego samego klubu. Chociaż w ten sposób byłem do niego podobny.
Drugim uczuciem, którym darzę Jana Pawła II jest wdzięczność. Truizmem byłoby wspominanie o jego roli w dziejach naszego narodu i państwa oraz zasług dla chrześcijaństwa na świecie, i Kościoła w Polsce. Są to sprawy powszechnie znane i szczegółowo już opisane przez mądrzejszych ode mnie.
Ale jeden wątek może być mniej wiadomy, a dla mnie bardzo istotny. Otóż Papież miał decydujący wpływ na powstanie Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, uczelni na której studiowałem filozofię (kończyłem już jako absolwent Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II).
https://upjp2.edu.pl/uniwersytet/uczelnia/historia
Nie będzie przesadą powiedzieć, że bez Jana Pawła II i Jego działań, nie studiowałbym filozofii właśnie na Papieskiej Akademii Teologicznej, i nie poznałbym przyjaciół, z którym dzisiaj mogę tworzyć Kalokagatię, co czyni moje życie lepszym i piękniejszym.
Tak więc „wdzięczność” jest bardzo odpowiednim słowem.
Michał


Komentarze
Prześlij komentarz