O tkaniu wspólnoty

W Krakowie dzieją się rzeczy przeciekawe. Znacie Aptekę Designu? Jeśli nie, to najwyższy czas pojawić się tam, by na własne oczy przekonać się, jak cudnie można zredefiniować miejsce, czerpiąc z jego unikalnego charakteru. W budynku, przy ulicy Kopernika, będącym niegdyś przyszpitalną apteką, powstały przestrzenie, gdzie tworzą się wspólnoty, idee, połączenia. Tutaj funkcjonuje nie tylko rada programowa Slot Art Festiwal z Lubiąża, ale również żywe laboratorium, w którym rozkminia się i testuje projekty społecznie przyjazne i odpowiedzialne.



Takim projektem mogą być również wspólnoty! Przekonaliśmy się o tym podczas Warsztatu Tkania Wspólnoty, czyli spotkaniach prowadzonych przez Krzysztofa Słabonia i Ryszarda Kulika w Aptece Designu. Wraz z Michałem i Grześkiem wzięłam udział w trzech dwugodzinnych wydarzeniach warsztatowych, od stycznia do marca.

Pierwsze spotkanie rozpoczęło się niemal godzinną rundą, podczas której wszyscy obecni powiedzieli troszkę o sobie – krótko, kim jestem, częścią jakiej wspólnoty jestem lub chcę być, oraz dlaczego jestem na akurat tym warsztacie. W kręgu tworzonym przez kilkadziesiąt ludzi, których w większości widziałam pierwszy raz, poczułam ogrom dobrej energii, ciepła, otwartości, chęci przynależenia, kreatywności. To zadziwiające i podnoszące, ile wspaniałych inicjatyw, mikro i makrokalibrów urzeczywistnianych jest przez ludzi. Wybrzmiała potrzeba wspólnotowości; tęsknota za pierwotną społecznością; żal więzi, które osłabły, zostały zerwane; rozczarowanie grupowymi doświadczeniami; samotność; ale też pomysły i motywacja do zawiązywania nowych wspólnot.

Na tym pierwszym spotkaniu Krzysiek i Rysiek wprowadzili nas w metaforę tkania wspólnoty. Ta metafora świetnie pozwala uchwycić to, co być może nie jest oczywiste, kiedy myślimy o grupie, wspólnocie. Czy każda grupa, społeczność to wspólnota? Co je różni? Co spaja?



Tkanie to proces, trzeba tu i czasu, i uważności, od czegoś się zaczyna, i czasem wcale nie od początku :) Są przecież grupy, które, nie wiedzieć kiedy, stały się wspólnotą, pierwotne i wtórne, więzi bliskie lub słabe (sploty ciasne lub luźne), sztywne lub elastyczne, każda jednak, tkana świadomie lub nie, ma swoją kanwę i różne wątki. Zastanawialiśmy się wraz z prowadzącymi, co jest tą kanwą, co decyduje o tym, że wydarza się, stwarza się wspólnota. Znaleźliśmy trzy takie ważne jakości:

Intencja. W tkactwie osnowa to te pionowe, mocne nici, które trzymają całość. Intencja jest właśnie taką ramą. To ona nadaje kierunek. Nawet jeśli grupa powstała „nie wiadomo kiedy”, to w pewnym momencie pojawia się świadome lub podświadome „chcemy być razem w tym konkretnym celu”.

Troska. Wątek to nić, która przeplata się między osnową, tworząc wzór. Troska to ta miękkość tkaniny. To moment, w którym drugi człowiek przestaje być „użytkownikiem przestrzeni”, a staje się kimś, kogo los nas obchodzi. To właśnie troska decyduje o gęstości splotu.

Przynależność. To, co sprawia, że tkanina ma swój brzeg; wiemy, gdzie się zaczyna, i gdzie kończy (kto jest „nasz”). To poczucie bezpieczeństwa, że jest się częścią większej całości. To zakotwiczenie, a czasem nawet zakorzenienie.

Aby tkanina wspólnoty była trwała, potrzebuje mocnych filarów, które nadają jej kształt i funkcję:

Tożsamość i Wartości: To kolor i tekstura naszej nitki. To, co nas odróżnia od reszty świata, i sprawia, że dogadujemy się w sprawach najważniejszych.

Język i Rytm: Nasza własna komunikacja – żarty, żargon i unikalny styl bycia stają się kodem dostępu. Rytmy i rutyny zaś to puls wspólnoty; codzienne i cykliczne powroty; utrwalanie które buduje zaufanie.

Plan i Sprawczość: Wspólnota marzy, ale też działa. Pomysły na to, „co i jak”, zamieniają luźne nici w konkretny wzór wspólnych dokonań.

Role i Struktura: Z czasem każdy z nas naturalnie odnajduje swoje miejsce. Nasze talenty stają się funkcjami, a sposoby podejmowania decyzji ramą, która trzyma całość w ryzach.

Na pierwszym spotkaniu myśleliśmy też o gęstości splotu. Zbyt luźna tkanina, pozbawiona zasad i rytmów, jest nietrwała, łatwo ją rozerwać, a nitki, nawet piękne, mogą odchodzić pojedynczo od całości. Czasem równie niebezpieczna jest tkanina sztywna. Kiedy struktury stają się ważniejsze od ludzi, gdy role zmieniają się w maski, a zarządzanie w kontrolę – wspólnota zaczyna przypominać zbyt ciasny poliestrowy kołnierz, sztywnieje, forma przerasta treść, rozjeżdżają się wartości. Jest twarda i pozornie skupiona w sobie, ale nie daje oddychać. Przestaje otulać, a zaczyna więzić. Zdaje się, że sztuka bycia we wspólnocie i jej tworzenia polega na tkaniu elastycznych splotów. Wystarczająco mocnych, by przetrwać kryzysy, ale na tyle miękkich, by dopasować się do zmieniającego się kształtu ludzkich losów. 



Drugie spotkanie odbyło się miesiąc później. Tematem były Rytmy. Wspólnota to żywa tkanka (lub tkanina), w którym rutyna daje stabilność, rytuał daje głębię, a jasne zasady wejścia i wyjścia dają wolność. Prowadzący zadali wiele pytań dotyczących rutyn i rytmów, które pozwoliły nam zastanowić się i spróbować te nieuchwytne być może na co dzień jakości. Wspólnota żyje w czasie. Jej podstawowy rytm (rok, miesiąc czy tydzień) to puls, który cyrkuluje energię grupy, nadaje poczucie bezpieczeństwa. Rutyny w codzienności to regularny kontakt, który buduje wartość. Momenty, w których indywidualne pasje spotykają się z celami grupy. Doświadczenia te nie mogą być tylko odgórnym nakazem. Najzdrowsza tkanina powstaje wtedy, gdy członkowie sami ją współtworzą, dbając o to, by była atrakcyjna dla każdego. Wydarzenia wyjątkowe, świętowane, to punkty kulminacyjne. Reagujemy na sukcesy, ale też zaznaczamy momenty nieprzewidywalne. Rytuały to „gęstszy splot”, który odróżnia zwykłe spotkanie od bycia razem. Poprzez specyficzne obrzędy (online i na żywo) manifestujemy nasze wartości i pogłębiamy więzi. To czas wspólnej zabawy, ale i momenty powagi, które celebrują kluczowe etapy bycia we wspólnocie. Rytuał mówi: „To, co robimy, ma znaczenie”.

Dobrze jest też, gdy wspólnota wie, gdzie się zaczyna. Niezależnie od tego, czy grupa jest otwarta, czy zamknięta, istnieje jakiś proces „wdrażania”. Identyfikujemy tych, którzy pasują do naszej kanwy, i uczymy ich naszego języka. Członek to ktoś więcej niż gość – to osoba, która zna kod, i czuje ciężar wspólnej troski. Tkanina zmienia się, gdy nitki odchodzą. Zdrowa wspólnota potrafi puszczać wolno. Można jasno określić, jak się żegnamy, czy członkostwo wygasa, czy zmienia formę (np. w grupę „absolwentów”). Wspólnota wspiera tych, którzy odchodzą, i ma plan na tych, którzy zamilkli. To szacunek do wspólnej historii, wspólna pamięć sprawia, że nawet po wyjściu ze splotu, więź pozostaje w pamięci.



Fantastycznym ćwiczeniem warsztatowym okazało się czytanie opowieści o czterech górach. Czytanie wzmocnione fizycznym ruchem – przechodziliśmy od jednej symbolicznej góry do drugiej. Indiański stary mit o tym, jak człowiek, od urodzenia do śmierci doświadcza własnego rozwoju we wspólnocie, jak wzajemnie na siebie oddziałują. Metafora czterech gór w tradycji rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej to jeden z najpotężniejszych obrazów ukazujących wspólnotę nie jako statyczny obiekt, ale jako proces dojrzewania. Droga od Ja do My nie jest linią prostą, lecz wędrówką przez cztery szczyty, z których każdy nadaje naszej życiowej nici inny odcień. Ta stara, plemienna przypowieść uczy nas, że wspólnota nie jest statycznym miejscem, lecz dynamiczną wymianą energii, w której każdy etap życia ma swoje unikalne zadanie wobec całości.

Wszystko zaczyna się na Pierwszej Górze, w krainie Dzieciństwa i Zależności. To tutaj człowiek odkrywa, że nie jest samotną wyspą, lecz częścią większej całości. Na tym etapie wspólnota jest jak bezpieczny kokon, przestrzeń, która chroni, żywi i uczy fundamentów: troski oraz przynależności. To czas pokornego przyjmowania nitek od innych, zanim jeszcze nauczymy się splatać własne. W strukturze społeczności ten etap odpowiada procesowi wdrażania i selekcji; to moment, w którym grupa wyciąga rękę do nowego członka, pomagając mu postawić pierwsze kroki na szlaku.



Kiedy jednak nić nabiera własnego koloru, wchodzimy na Drugą Górę, w czas Młodości i Poszukiwania. To etap buntu i wspinaczki, podczas którego testujemy własną siłę i szukamy naszej własnej tożsamości. Często oddalamy się wtedy od centrum wspólnoty, by sprawdzić, kim jesteśmy poza nią. To naturalny proces, w którym nić staje się mocniejsza i bardziej wyrazista. Na warsztatach ten etap przypominał nam, że konflikty i tarcia między poszukiwaczami z drugiej góry a strażnikami z trzeciej są nieuniknione i potrzebne, to one nadają tkaninie jej unikalną teksturę.

Prawdziwy zwrot następuje na Trzeciej Górze, symbolu Dojrzałości i Odpowiedzialności. To tutaj człowiek przestaje tylko brać, a zaczyna aktywnie dawać, „tkać”. Rodzi się głębsza intencja służenia innym. Na tym szczycie bierzemy na siebie konkretne role, dbamy o wspólnotowe rytmy i budujemy schronienie dla tych, którzy dopiero wspinają się na pierwszą górę. To czas, w którym nasze indywidualne cele splatają się z celami ogółu.

Wędrówka kończy się na Czwartej Górze, w krainie Starości i Mądrości. Z jej wierzchołka widać już całą panoramę: wszystkie sploty, błędy i sukcesy układają się w logiczny wzór. Tu wspólnota nabiera wymiaru duchowego. Starszyzna nie musi już działać ani zarządzać; ona po prostu jest, stanowiąc żywą kanwę oraz pamięć o wartościach i rytuałach. To etap przekazywania opowieści, które są spoiwem dla kolejnych pokoleń. Kiedy nadchodzi czas przejścia i pożegnania, schodzenie z tej góry w stronę nieznanego nie jest końcem, lecz dopełnieniem, nasza nić na zawsze zostaje wpleciona w krajobraz, dając oparcie tym, którzy idą za nami. Trudno w jednym momencie odkryć całą moc tego mitu; daje on jednak poczucie spokoju i spójność, bo nikt nie jest na tej samej górze w tym samym czasie. To właśnie ta różnorodność wysokości, jednoczesna obecność dziecka, buntownika, budowniczego (polującego) i mędrca, daje wspólnocie jej niezłomną perspektywę i siłę. Tkanina jest kompletna tylko wtedy, gdy szanujemy każdy etap wspinaczki.

Trzecie, marcowe warsztaty były nie tylko okazją do spotkania znajomych już osób; Rysiek i Krzysiek zachęcili wszystkich do ciekawego przebadania swoich wspólnot. Procedura badania składała się z kilku ćwiczeń, skłaniających nas do przyjrzenia się swojej społeczności – sprawdzenia jej tak, jakby była żywym organizmem – jak się czuje, czy gdzieś boli, co boli, na ile jest sztywna, a na ile elastyczna i ruchoma. Wyposażeni w konkretne narzędzia możemy teraz zatroszczyć się o to, by nasze wspólnoty mogły przejść taki bilans zdrowia/dobrostanu.



Te narzędzia są zaskakująco proste, a jednocześnie bardzo uruchamiające. Jedno z pierwszych ćwiczeń polegało na szybkim, intuicyjnym opisywaniu własnej wspólnoty przez skojarzenia. Gdyby nasza wspólnota była kolorem, zapachem, uczuciem, krajem, członkiem rodziny, dniem tygodnia, miesiącem, rośliną, zwierzęciem, magicznym przedmiotem, znaną osobą, książką, filmem, piosenką, potrawą, zawodem czy pojazdem – czym by była? Ten pozornie lekki zestaw pytań uruchamiał głębsze warstwy rozumienia. Nagle okazywało się, że wspólnota ma swój klimat, temperaturę, tempo, sposób poruszania się, własny zapach i własny smak. Że można ją poczuć nie tylko rozumem, ale także wyobraźnią. To ćwiczenie wydobywało cechy, które trudno byłoby nazwać wprost: miękkość lub szorstkość relacji, spontaniczność albo ceremonialność, stabilność, dzikość, serdeczność, ruch, ciężar czy lekkość.

Drugie narzędzie miało już bardziej diagnostyczny charakter. Przyglądaliśmy się wspólnocie poprzez pytania kartezjańskie: co się dzieje, gdy wspólnota istnieje? I co się nie dzieje? A potem odwrotnie: co się dzieje, gdy wspólnoty nie ma? I co wtedy się nie wydarza? To zestawienie działało jak odwrócenie tkaniny na lewą stronę. Pozwalało zobaczyć nie tylko obecne jakości, ale także ich brak: jakie potrzeby zostają zaopiekowane dzięki wspólnocie, co chroni ona przed rozpadem, izolacją czy chaosem, ale też jakie ryzyka pojawiają się wtedy, gdy więź zanika, a ludzie przestają być ze sobą naprawdę połączeni. Bardzo poruszające było uświadomienie sobie, że wspólnota nie jest luksusowym dodatkiem do życia, lecz czymś, co realnie wpływa na nasze poczucie sensu, sprawstwa, bezpieczeństwa i zakorzenienia.



Kolejne ćwiczenie dotyczyło tożsamości. Pytaliśmy, która z podstawowych osi jest dla naszej wspólnoty najważniejsza: kiedy powstała, gdzie funkcjonuje, kto ją tworzy, co robi, jak to robi, czy może przede wszystkim dlaczego robi to, co robi. Samo wybranie jednej z tych perspektyw okazywało się ważnym odsłonięciem. Dla jednych rdzeniem wspólnoty byli ludzie i relacje, dla innych – sens działania, miejsce, praktyka albo historia. Jeszcze ciekawsze było jednak uzasadnianie wyboru, bo ono odsłaniało, gdzie naprawdę bije serce danej grupy. Czy jesteśmy wspólnotą dlatego, że łączy nas konkretna misja? Czy dlatego, że jesteśmy „stąd”? Czy dlatego, że mamy wspólny styl działania? A może najważniejsze jest to, że po prostu chcemy być razem i wzajemnie się wspierać?

Bardzo zapadło mi w pamięć ostatnie pytanie, chyba najpiękniejsze z całego zestawu: jeśli główna myśl, która napędza naszą wspólnotę, nie byłaby twierdzeniem, lecz pytaniem – jak by brzmiała? To odwrócenie porządku było niezwykle ożywcze. Bo pytanie nie zamyka, tylko otwiera. Nie ustawia wspólnoty w pozycji czegoś skończonego i pewnego siebie, lecz czegoś żywego, poszukującego, gotowego do dalszego tkania. Zamiast deklarować: „jesteśmy tacy i tacy”, można było zapytać: „jak chcemy być razem?”, „co chcemy chronić?”, „dla kogo tu jesteśmy?”, „jak nie zgubić troski, kiedy rośniemy?”, „co sprawia, że wciąż do siebie wracamy?”. Pomyślałam wtedy, że może właśnie dobre wspólnoty poznaje się po jakości pytań, które potrafią wspólnie unieść. Osoby uczestniczące w warsztacie przywołały wiele inspirujących pytań które mogłyby zadać ich wspólnoty, umacnia to moją wiarę w to, że jako ludzie, mimo zmieniających się w zawrotnym tempie czasów i warunków, dążymy do tworzenia więzi, i te więzi są dla nas ważne.

Podczas tego ostatniego spotkania nie chodziło o ocenianie wspólnot na skali sukcesu czy porażki, ale o wsłuchiwanie się w ich rytm, napięcia, potrzeby, zasoby i miejsca wymagające czułości. Dzięki temu zobaczyłam wyraźniej, że wspólnota nie jest czymś danym raz na zawsze. Potrzebuje regularnego strojenia, namysłu, czasem korekty splotu, czasem wzmocnienia osnowy, a czasem po prostu zatrzymania i zapytania: co się z nami dzieje? Wyszłam z tych warsztatów z poczuciem, że wspólnoty naprawdę można tkać bardziej świadomie, nie dla jakiegoś wymyślonego ideału, ale po to, by były żywsze, prawdziwsze i bardziej zdolne unieść ludzkie życie. Po warsztatach także postanowiliśmy wspólnie z Kalokagatią przeprowadzić taki bilans w naszej wspólnocie.



Wraca do mnie jeszcze jedna metafora wspólnoty. Tak jak mózg jest kształtowany przez myśli, które w nim krążą, a zarazem sam wyznacza ścieżki naszego myślenia, tak samo działa wspólnota. Ona formuje mnie, a ja współtworzę ją swoją obecnością. Między jednostką a wspólnotą istnieje nieustanne, żywe sprzężenie zwrotne, subtelny proces wzajemnego stwarzania się. Temat wspólnoty należy też do wielkich pytań filozofii; pytań o to, jak człowiek żyje z innymi, jak zamieszkuje świat nie samotnie, lecz pośród obecności, które go współtworzą. Martin Heidegger przypominał, że nasze istnienie od początku jest byciem-z-innymi, że nie jesteśmy najpierw osobni, a dopiero potem połączeni, że nawet nasze najbardziej osobne myśli noszą ślady wspólnego świata. Emmanuel Lévinas schodzi jeszcze bliżej, mówiąc, że początkiem więzi jest twarz Drugiego, twarz, która przychodzi do mnie z cichym, ale nieodwołalnym wezwaniem: odpowiedz. Wspólnota rodzi się więc gdzieś pomiędzy współbyciem a troską; między faktem, że jesteśmy razem, a doświadczeniem, że los drugiego naprawdę mnie obchodzi.

Życzyłabym sobie, żeby Warsztat Tkania Wspólnoty Krzyśka i Ryśka zagościł w wielu innych miejscach, miastach, miasteczkach i wsiach Polski. Wszędzie tam, gdzie ludzie noszą w sobie pragnienie bycia razem, ale nie zawsze wiedzą już, jak do siebie podejść. Tam, gdzie klimat społeczny bardziej dzieli niż splata; gdzie narastają polaryzacje, twardnieją stereotypy, a różnice pokoleniowe, zamiast zaciekawiać, zaczynają oddalać. Tam, gdzie życie wspólne skurczyło się do kilku sztywnych wymiarów – szkoły, pracy, kościoła i sklepu, a młodzi wyjeżdżają, zostawiając po sobie pustkę, z którą trudno się oswoić. A przecież pod tą warstwą znużenia, nieufności i społecznej martwoty wciąż żyje to samo ludzkie pragnienie: należeć, być widzianym, mieć swoje miejsce, współtworzyć coś z innymi i dla innych. Właśnie tam takie warsztaty wydają mi się szczególnie potrzebne, tam, gdzie wspólnota nie jest luksusem, ale cichym, głębokim głodem.

Sandra

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wypełniamy Kwestionariusz Prousta

Zebranie zarządu (22 lutego) – sprawozdanie