O przeznaczeniu
We wrześniu 2019 roku po raz pierwszy przeszedłem Camino. Ruszyłem z Porto szlakiem centralnym i po 9 dniach zameldowałem się w Santiago de Compostela. Swoje wspomnienia z tej pielgrzymki opublikowałem wcześniej na prywatnym blogu. W pierwszym wpisie przedstawiłem swoje ogólne refleksje (http://trwoga.blogspot.com/2019/12/camino-przygoda-zycia.html); tematem drugiego było schroniskowe życie w trakcie wędrówki (http://trwoga.blogspot.com/2020/09/schroniskowe-zycie-na-camino.html).
Trzeci tekst, kończący cały cykl, chciałem poświęcić spotkanym ludziom. Na dobry trop rozmyślań naprowadziła mnie Anna Karoń-Ostrowska, która we wstępie do nowego wydania książki-wywiadu z Księdzem Profesorem Józefem Tischnerem („Oby wszyscy tak milczeli o Bogu”, Kraków 2015, s. 13) napisała tak:
„Zawsze twierdziłam, że są spotkania, w których nie ma rozstania. Wydarzają się one i trwają poza realnym czasem, poza granicą życia i śmierci. Rosną i dojrzewają wraz z nami. Rzucają coraz to nowe światło na to, co się wydarzyło, odkrywają nowe znaczenia i ustalają nowe, inne sensy wypowiedzianych słów, pozwalają na nowo odczytać ton rozmów i atmosferę spotkań”.
Właśnie takich spotkań, przekraczających czas, doświadczyłem na Camino mnóstwo. Pamiętam wszystkich spotkanych pielgrzymów, lecz o Portugalce Sarze i mieszkającej w Niemczech Rosjance Viktorii myślę najczęściej (w zasadzie każdego dnia 😀 ). I to im dedykuję ten artykuł.
***
Kluczowe słowo, które utkwiło mi w głowie po pielgrzymce to „przeznaczenie”. Przed studiami filozoficznymi wierzyłem w nie, w trakcie nauki odrzuciłem je jako głupi przesąd, w Portugalii i Hiszpanii moja niewiara została wystawiona na próbę. Za każdym razem, gdy wspominam Camino, dostrzegam coraz wyraźniej, jak wiele musiało się zdarzyć, żeby zdarzyło się to, co się zdarzyło. I znajduję mniej argumentów, że było to ślepe zrządzenie losu, czy zwyczajny przypadek.
Viktorię poznałem wcześniej niż Sarę, w schronisku w Ponte de Lima. Nocowaliśmy obok siebie, a było to możliwe tylko dzięki Bertowi, przesympatycznemu Amerykaninowi z Kalifornii (pozdrawiam Cię serdecznie, przyjacielu, bo zapewne będziesz to czytał). Zagadał do mnie na moście, znacznie opóźniając moje przybycie do albergue. Na tyle skutecznie, że wyprzedziło nas kilka osób. Ale nie Viktoria, która swój plecak postawiła zaraz obok mojego.
Akurat w Ponte de Lima (i tylko tam) sąsiedztwo bagażu równało się sąsiedztwu łóżek w pokoju. Przed snem zagadałem do niej.
Vikę ujrzałem po raz kolejny kilkadziesiąt godzin później, pewnego upalnego poranka w Valençy. I tu znowu „przeznaczenie”. No bo jak inaczej to nazwać. Bardzo nie chciałem chodzić po nocy, wyruszałem dopiero z nastaniem świtu. Początek dnia w miejscowości graniczącej z Hiszpanią miał dla mnie wiele niespodzianek. Największą z nich była moja zupełnie mokra bielizna powieszona wieczór wcześniej. Poza tym brakowało prądu w gniazdkach, a komórkę miałem średnio naładowaną. Jeden i drugi kłopot znalazł rozwiązanie, ale wymagało to czasu. Ubraniom pomogły Polki, które tutaj kończyły swoją pielgrzymkę i z chęcią pozbyły się siatki. Prąd wrócił sam, ale trzeba było na niego sporo poczekać. Telefon podładowałem, za to z albergue wyszedłem mocno spóźniony (ponad godzinę później niż planowałem).
Pierwszą żółtą strzałkę znalazłem, ale gdzie, do diaska, były kolejne? Będąc na starówce, dostrzegłem Vikę. Dobrze ją pamiętałem. Przyznaję, że bardzo się ucieszyłem, iż drogi wyjścia z tego labiryntu będę szukał z kimś mi znanym.
Viktoria miała towarzyszkę, Sarę. Wkraczając do Hiszpanii, rozpoczęliśmy wspólną pielgrzymkę. Chociaż wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. I nawet o tym nie śniłem. Bo nasze początki wcale nie były idealne.
***
Pierwsze cztery dni Camino były dla mnie dosyć niezwykłe i zaważyły na moim początkowym nastawieniu do Sary i Viktorii, wcale nie entuzjastycznym. Na szczęście ich osobowość, charakter, intelekt i dobre serca szybko mnie do nich przekonały, i wiedziałem, że nic lepszego jak ich towarzystwo mnie nie spotka w trakcie pielgrzymki. Byłem w stanie oddać wiele z mojej wolności, i zmienić wiele moich nawyków, by tylko móc z nimi dalej kroczyć.
Swoje Camino rozpocząłem niefortunnie. Na szczęście, jako introwertyk z natury, przejąłem się tym tylko trochę. Już drugiego dnia zostałem porzucony. Z Porto ruszałem sam (co, na marginesie, uważam za doskonały pomysł), jednak nie chciałem, by tak wyglądała cała moja wędrówka. Spokojnie czekałem na właściwe towarzystwo. Szczęście uśmiechnęło się do mnie już po kilku kilometrach, gdy spostrzegłem Niemkę Anke, dwudziestokilkuletnią pielęgniarkę z Kolonii. Ujrzenie jej przyniosło mi wiele radości. Po pierwsze, potwierdziło, że idę dobrym szlakiem 😀 Po drugie otworzyło jednak nowe możliwości pielgrzymowania. Wreszcie, jak w moim ukochanym egzystencjalizmie, stanąłem przed jakimkolwiek prawdziwym wyborem, w tym przypadku, czy iść sam, czy z kimś (z nią). Odpowiedź na to pytanie znałem już wcześniej.
Ustaliliśmy, że idziemy razem do granicy Portugalii z Hiszpanią (czyli do wspomnianej Valençy – około 4 dni).
Rozstaliśmy się kolejnego poranka.
Nocowaliśmy w pokoju z jeszcze jedną Niemką, więc kiedy rano nie mogłem znaleźć ich obu, przeczuwałem, że postanowiły dalej wędrować razem, beze mnie. Miałem rację. Po krótkim pościgu dopadłem je, pożyczyłem im „Buen Camino” i szybko ruszyłem dalej sam, tłumacząc, że długa droga przed mną (co było prawdą, bo przeszedłem tego dnia 40 km). Zły na „zdradę”, nawet nie czekałem na reakcję Anke, którą dopadła karma, bo jej nowa towarzyszka opuściła ją parę godzin później.
Dosyć długo pielęgnowałem w sobie uczucie porzucenia, tak że przeszła mi ochota na łączenie się w grupę i na nowo polubiłem samotną wędrówkę. Niemka z kolei stała się obiektem żartów moich i innych pielgrzymów, jak to niebezpiecznie jest ze mną podróżować, bowiem nikt nie wiedział, co się z nią stało. Może dlatego, że szła wolno, i do Santiago dotarła 3 dni później ode mnie. Gdyby dotrzymała złożonej mi obietnicy, nie spotkałbym na granicy Sary i Viktorii.
Błogosławiona zdrada? Wolę nazwać to przeznaczeniem 😀
***
Dwie osoby jednak nie przestraszyły się czarnej legendy o mnie i znikających towarzyszkach. Powyższa anegdota została opowiedziana w O Porriño, wieczorem pierwszego dnia naszej wspólnej z Sarą i Viktorią podróży.
Nasz tercet był dosyć niestandardowy, bo niemałą część pielgrzymki szliśmy osobno 😀 Sara i Viktoria wcześniej opuszczały schronisko, ja doganiałem je na szlaku. Wielu wędrowcom wydawało się to i dziwne, i zabawne.
Ta separacja była nam chyba pisana od początku, bo pierwsze rozstanie nastąpiło po kilku kilometrach. Trochę z mojej winy, gdyż przesadnie przyspieszyłem w lesie piniowym. Na szczęście, w pierwszym barze zasiedziałem się wyjątkowo długo. Korzystając z upału, porozwieszałem swoją mokrą bieliznę, gdzie się da i spokojnie czekałem na działanie słońca oraz wiatru. Gdy już byłem zadowolony z efektu i zbierałem się do wyjścia, usłyszałem krzyk: „Michael” (czyt. Majkel), czyli moje imię po angielsku. Zobaczyłem uśmiechnięte twarze Sary i Viktorii. Zważywszy, że tego dnia miałem swój najkrótszy odcinek, znowu wywiesiłem pranie i usiadłem z nimi 😀
A więc nawet mokra bielizna była elementem przeznaczenia…
***
Gdy już zameldowaliśmy się w schronisku w O Porriño, najpierw Sara zaprosiła nas na podwieczorek. Po nim udała się spać, a my z Viktorią i grupą znajomych z Czech i Niemiec poszliśmy na kolację. Atmosfera była fantastyczna, lecz będę szczery, wtedy nie sądziłem, że właśnie z nimi dojdę do Santiago (będą to czytać, mam nadzieję, że się nie obrażą…). Nie wykluczałem tej możliwości, ale też żadnej innej. Wciąż cieszyłem się wolnością odzyskaną po szybkim rozstaniu z Anke.
Sara i Viktoria chyba były podobnego zdania, bo gdy rano się obudziłem, one już dawno opuściły albergue. Przed godziną 8 ruszyłem przed siebie.
Spotkałem Sarę i Viktorię pod jakimś barem, one wychodziły, ja wchodziłem. Chociaż ujrzałem je tylko na chwilę, w mojej głowie zapaliła się wtedy iskra. Uwielbiam planować, ale pozwoliłem sobie na korektę. Przyrzekłem, że jeśli znowu się zobaczymy, idę razem z nimi, tam gdzie one chcą. Jeżeli przeznaczenia nie ma, moim celem będzie Pontevedra.
I naprawdę, całą drogę je wypatrywałem… Chciałem pomóc fortunie.
Moje wysiłki na niewiele by się zdały bez ich pomocy. Za Redondelą zawołały mnie z oddali, odpoczywając w cieniu (ze swojego położenia nie miałbym szansy ich dostrzec). W tym momencie byłem najszczęśliwszym człowiekiem na całym Camino 😀 A może i na świecie 😀
***
Chociaż charakter swoich towarzyszy najlepiej poznaje się na szlaku, relację buduje się w czasie wolnym. Niedługo po ponownym zjednoczeniu, udaliśmy się do Arcade, gdzie jednak nie było wolnych miejsc w schroniskach, więc wysłano nas do Ponte Sampaio, miejscowości położonej za mostem. Tam już upewniłem się, że z nimi, i tylko z nimi chcę dotrzeć do Santiago 😀
Wieczory w Ponte Sampaio, Briallos i Herbon wspominam z całego Camino najmilej. Zwłaszcza w tych dwóch pierwszych miejscach było łatwiej o nawiązanie przyjaźni, ponieważ przebywała tam ograniczona liczba pielgrzymów, i jeszcze zdecydowanej większości z nich nie znaliśmy. Mieliśmy więc czas na poznawanie siebie, wspólne zabawy, śmiech a nawet kąpiel w rzece. Ale przede wszystkim na długie konwersacje.
Każdą taką rozmowę pamiętam do dziś, mógłbym je wszystkie zacytować z dokładnością co do przecinka. Moje towarzyszki okazały się nie tylko wartościowe i piękne, ale także mądre, bo podejmowaliśmy tematy zgoła filozoficzne. Dlaczego poszliśmy na Camino? Co jest dla nas najważniejsze? Czym jest przyjaźń? No i czy nasze spotkanie to przeznaczenie? Jestem bardzo ciekawy, czy dzisiaj odpowiedzi byłyby te same, czy inne…
Rozmawialiśmy też o chlebie 😀 Ale nie zdradzę, co dokładnie się pod tym kryło 😀 Tak jak nie zdradzę sekretu Viktorii (ang. Victoria’s secret) 😀 Chociaż to jedna z zabawniejszych anegdot i chyba mój najcelniejszy żart sytuacyjny w życiu (dodatkowo powiedziany w obcym języku) 😀
***
Było nam tak dobrze w swoim towarzystwie, że po dwóch dniach postanowiliśmy zmienić swoje przyzwyczajenia, i poszliśmy na daleko idący kompromis. Tylko po to, by spędzać ze sobą CAŁY dzień, a nie jego większą część. Zgodziłem się więc wstawać wcześniej i ruszać o zmroku. Ale za to z nimi, i tylko to dla mnie się liczyło.
Odpowiedziałem w ten sposób na ich wezwanie, bo według legend i opowieści, idąc te kilka godzin same, cały czas przywoływały mnie, krzycząc „Michael”. Jak widać skutecznie!
Po pięciu dniach wspólnej pielgrzymki, dotarliśmy razem do Santiago…
***
Przeznaczenie dotyczy nie tylko tego, co wydarzyło się na trasie, ale także przed. Zawsze zastanawiało mnie, jak to się dzieje, że ludzie z różnych zakątków świata lądują w tym samym miejscu, w tym samym czasie. Viktoria zaczęła swoją pielgrzymkę wcześniej od nas. Ja, zanim wystartowałem, zwiedzałem Portugalię przez dwie doby. Sara z kolei mieszka na szlaku, i pewnego dnia postanowiła po prostu spakować plecak i ot tak ruszyć! Wystarczyłaby drobna zmiana planów, byśmy się minęli, nigdy nie poznając, a nasza wędrówka wyglądałaby zupełnie inaczej. Z mojej perspektywy, z pewnością dużo gorzej.
Więc to wszystko również było przeznaczeniem…
***
Gdy studiowałem filozofię na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, na trzecim roku dr Adam Workowski miał wykład monograficzny o egzystencjalizmie i filozofii dialogu (dramatu), słusznie przeciwstawiając oba nurty. Jako miłośnik Jeana-Paula Sartre’a już wtedy wybrałem egzystencjalizm jako swoją drogę życiową, i przez wiele lat w intelektualnych dyskusjach zwalczałem filozofię dialogu. Czyniłem tak nie dlatego, że prąd myślowy, którego przedstawicielami byli choćby Emmanuel Levinas czy Józef Tischner, uważałem za niemoralny, lecz dlatego, że uznawałem go za niezgodny z rzeczywistością. I ten argument mi w zupełności wystarczał.
Egzystencjalizm lepiej odpowiadał na moje rozterki introwertyka, doskonale łączył pragnienie wolności, z jednoczesnym przyznaniem prymatu wspólnocie. Tak rozumiany indywidualizm można realizować w trakcie Camino.
Zobaczyłem jednak także, że nie powinienem być tylko bytem-dla-siebie, ale także bytem-dla-innych. Prawdziwe szczęście jest wtedy, gdy uszczęśliwiam drugiego człowieka.
***
Tę najważniejszą lekcję Camino udzieliło na samym końcu. Ostatni nocleg na szlaku mieliśmy w Herbon, w dawnym klasztorze Franciszkanów. Pokoje były dwuosobowe. Sara zamieszkała z Viktorią, mnie przydzielono do Dany, emerytowanej instruktorki nurkowania z San Diego (USA).
W związku z tym, że moja przyjaźń z Sarą i Viktorią była już wtedy ugruntowana i praktycznie się nie rozstawaliśmy, zaprosiliśmy do naszego grona Danę, by nie czuła się samotnie. Wspólnie zwiedziliśmy całe opactwo, usiedliśmy obok siebie w kościele na wieczornej mszy, a także przy stole na kolacji.
Razem z Sarą i Viktorią ustaliliśmy już wcześniej, że następnego dnia idziemy bezpośrednio do Santiago, bez przystanków, i w ten sposób kończymy nasze Camino. Byliśmy przepełnieni radością i wdzięcznością za cudowny czas pielgrzymki. Tymi uczuciami staraliśmy się też zarażać innych.
Właśnie, w przypadku Dany, co wiemy, nam się udało. Amerykanka rano wręczyła Sarze, Viktorii i mi piękny i wzruszający prezent (żółty sznurek; przywiązaliśmy go do plecaków, widać go na pierwszym zdjęciu) za to, że swoją postawą przywróciliśmy jej nadzieję, iż mimo trudności, także da radę dokończyć Camino.
***
Warunki życia ustala nam ciągle pandemia. Swobodne podróżowanie od wielu miesięcy jest utrudnione. Odczuwam to boleśnie, gdyż w 2020 roku planowałem swoją drugą pielgrzymkę. Wtedy też chciałem odwiedzić Sarę w Portugalii. Osobną wycieczkę miałem odbyć do Niemiec, do Viktorii. Utrzymujemy ze sobą jednak regularny kontakt za pomocą portali społecznościowych i internetowych komunikatorów. Bardzo lubię nasze wspólne rozmowy, ich atmosferę, żarty, okazywane zainteresowanie i wyrażaną troskę, a także wysyłane wiadomości głosowe oraz zdjęcia (dzięki nim robię coraz lepsze selfie). Chociaż to tylko pewien substytut, to nasze Spotkanie (pisane przez duże S) wciąż nie ma rozstania, i mam nadzieję, że tak pozostanie na zawsze.
Saro i Viktorio, dziękuję Wam za wszystko! I mam nadzieję, że wiele przed nami. Bardzo za Wami tęsknię. Do zobaczenia!
***
Czy przeznaczenie istnieje? Na Camino z pewnością tak…
A poza nim? Hmmm… Podobno filozofia polega na stawianiu pytań, a nie udzielaniu odpowiedzi, więc tak to zostawię 😀 Kilka wniosków z całej opowiastki jednak należy wyciągnąć 😀
1) Idźcie na Camino. Dowiecie się, czym w praktyce jest filozofia spotkania
2) Bądźcie szczęśliwi i uszczęśliwiajcie innych
3) Bądźcie lojalni (jedna z podanych odpowiedzi na pytanie, co jest najważniejsze w życiu. Całkowicie się z nią zgadzam)
***
Buen Camino!
Michał
PS Autorstwo zdjęć
1) Dima
2) Dana
3) Michał
4) Sara
Wszystkie zdjęcia wykonano telefonem Viktorii.
PS 2
Poniżej zamieszczam link do tekstu na temat mojej drugiej pielgrzymki (25 kwietnia – 3 maja 2023 r.), gdzie wskazuję główne różnice pomiędzy wędrowaniem przed pandemią, i po niej.
https://kalokagatiakrakow.blogspot.com/2023/05/refleksje-pielgrzyma-czyli-dlaczego.html
Komentarze
Prześlij komentarz