Sądy (nie)ostateczne: prawo do niepewności
Wyznanie chodzącego kłębka wątpliwości
To nie będzie tekst wyjątkowo przyjemny. Nie znajdziecie tu nic, co do czego mam pewność ostateczną. Tak naprawdę jestem chodzącym kłębkiem wątpliwości.
„Wiem, że nic nie wiem” to nie tylko znana wszystkim sokratejska myśl, to jest mój sposób odbioru świata i ludzi. „Wiem, że nic nie wiem” stało się troszkę moim stylem interakcji ze światem, ludźmi i samą sobą.
To moje błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie. Jeśli miałabym powiedzieć, kim jestem, skąd jestem, i po co jestem, to tak naprawdę, mając prawie 40 lat na karku, nie podam odpowiedzi wyczerpującej temat. Ostatecznej. Zdaje mi się nawet, że takie odpowiedzi totalne nie istnieją, a ten, kto twierdzi inaczej, albo próbuje Wam coś sprzedać, albo sam jest w głębokim błędzie.
W filozofii niepewność nie jest jedynie deficytem wiedzy. To fundamentalna kondycja ludzkiego istnienia. Zanim powiecie, że popadłam w jakieś totalne delulu, zastanówmy się, co tak naprawdę wiemy na pewno.
Dopuszczając wszelkie możliwości, zbiegi wydarzeń, kaprysy fatum i nieobliczalność ludzkiej natury, wiele z tak zwanych żelaznych twierdzeń ulega korozji wątpliwości.
Weźmy na warsztat same hity. Absolutne fundamenty, na których budujemy nasz święty spokój.
„Widzę, więc wierzę”.
Otóż nasze własne oczy to wyjątkowo naiwne i ograniczone narządy, które rejestrują zaledwie wycinek widma elektromagnetycznego, a całą resztę obrazu współtworzy mózg: genialny, ale jednak mistrz taniej improwizacji. Dajmy temu mózgowi parę godzin bez snu, wysoki poziom stresu albo po prostu trochę silniejszych emocji, a bez trudu zobaczy przerażającą postać w wiszącym na krześle szlafroku albo dopisze ukryte, wrogie intencje w zupełnie neutralnym, krótkim SMS-ie od szefa.
„Jestem sobą”.
Brzmi wspaniale, wręcz terapeutycznie. Ale kim właściwie jest ta „ja”? Moje ciało nieustannie się zmienia, wspomnienia z dzieciństwa bezczelnie koloryzuję i zniekształcam przy każdym ich przywołaniu, a połowę myśli, które uważam za autorskie, zaimplementowały mi algorytmy, wychowanie, przeczytane w młodości książki, dawni przyjaciele i katecheta. Gdzie w tym wszystkim jest to obiektywne, nienaruszone „ja”?
„Jutro też wzejdzie słońce”.
Owszem, robi to od miliardów lat i statystyka jest absolutnie po naszej stronie. Ale ten rodzaj myślenia przypomina przekonanie 30-latka który twierdzi, że nogi nie złamie, bo przez 30 ostatnich lat nie złamał. David Hume zwracał uwagę na ten właśnie problem: z powtarzalności zdarzeń nie wynika logiczna konieczność ich dalszego występowania.
„Prawda leży pośrodku”.
To jedno z najbardziej ulubionych porzekadeł w naszej kulturze. Niekoniecznie pośrodku. Czasem prawda leży tam, gdzie jeszcze absolutnie nikt z nas nie zajrzał.
Właśnie w takich momentach najbliższa jest mi filozofia. Kiedy to, co pozornie oczywiste, zaczyna się komplikować, kiedy odpowiedź rodzi następne pytania i nagle okazuje się, że świat, który jeszcze chwilę temu wydawał się całkiem nieźle rozpoznany, kryje w sobie wiele zamętu.
Dlaczego potrzebujemy konturów?
Rozumiem Wasz opór. Powiecie, i będzie to zarzut całkowicie słuszny, że życie w stanie permanentnej rozkminy po prostu nie jest możliwe. Że wieczne analizowanie uniemożliwi nam codzienne funkcjonowanie.
Rzeczywiście, nie jesteśmy jako ludzie zdolni unieść złożoności świata, na surowo, bez przetwarzania.
Jak sobie o tym pomyślimy, to się może okazać, że życie w pełnej świadomości niepewności to tak, jakby starać się zobaczyć świat w nieskończonej ilości różnych spektrów. W dziesiątkach gradientów o łagodnych, niezauważalnych przejściach, gdzie ostre kontrasty rozmywają się w nieogarniętej wielości. Dotyczy to barw, dźwięków, uczuć, myślenia o sobie i relacji z innymi. Pewnie jeszcze wielu innych aspektów życia, gdzie tylko na pozór zachodzi sytuacja zerojedynkowa. Spróbujmy sobie wyobrazić tylko wizualnie taki świat bez jasno i wyraziście wyłonionych kształtów, malowany nieskończonością odcieni. No nie da się? A jednocześnie, przecież świat też taki jest, ma niepoliczalnie wiele barw. A to tylko warstwa graficzna, mały wycinek.
Trudno nam żyć bez kontrastów, bez wyraźnych linii, granic i kształtów, nawet jeśli pozostają zmienne i umowne. Są wymogiem naszej percepcji. Podobnie skróty myślowe. Żyć bez jakichkolwiek uogólnień to jakby nieustannie zastanawiać się nad nieskończoną ilością szans i zagrożeń, które są potencjalnością niemalże każdej sekundy naszego życia. Spadająca doniczka, nagły krach, tętniak, przypadek, spojrzenie nieznajomego, mikrobiologia... Gdybyśmy mieli to wszystko naraz przetwarzać, nasz umysł po prostu by eksplodował.
Jest w tym jednak coś więcej niż ograniczenie naszych zdolności poznawczych. Blaise Pascal pisał z przerażeniem o „wiecznej ciszy tych nieskończonych przestrzeni”, a Søren Kierkegaard wiązał lęk z doświadczeniem możliwości i wolności. Człowiek odkrywa, że może wybierać, ale żaden wybór nie przynosi mu gwarancji, że przyszłość potoczy się tak, jak sobie wyobrażał. Każdy wybór jednocześnie jest stratą innego, wyodrębnia coś dla nas, pozostawiając resztę poza zasięgiem.
Mnie jest bliska egzystencjalna myśl, że nie zastajemy siebie jako istot raz na zawsze gotowych i określonych. Przychodzimy na świat na warunkach, których nie wybraliśmy, z pewną historią, ciałem, językiem i relacjami, a mimo to musimy wciąż podejmować decyzje, określać się.
Niepewność nie jest więc wyłącznie skutkiem niedostatecznej ilości informacji. Jest w pewnym sensie wpisana w sam sposób naszego istnienia.
Psychologia opisuje niektóre reakcje na tę kondycję. Mamy pojęcie nietolerancji niepewności (intolerance of uncertainty) badanej między innymi za pomocą skali IUS. Dotyczy ono trudności w znoszeniu niewiadomej, nawet wówczas, gdy nie oznacza ona obiektywnie dużego zagrożenia.
Ciekawa w tym kontekście jest TMT, czyli Teoria Zarządzania Trwogą (Terror Management Theory), inspirowana pracami antropologa Ernesta Beckera. Według jej twórców my, ludzie, nosimy w sobie podskórny, egzystencjalny lęk wynikający ze świadomości własnej śmiertelności. Aby nie zwariować i móc normalnie wstać rano z łóżka, nasz umysł buduje dwuskładnikowy pancerz obronny:
• Po pierwsze: kulturową wizję świata. Potrzebujemy narracji, religii, ideologii czy tradycji, które nadają życiu porządek, sens i obietnicę, że jesteśmy częścią czegoś trwałego i większego niż my sami.
• Po drugie: poczucie własnej wartości. Potrzebujemy przekonania, że jesteśmy „dobrymi ludźmi”, którzy dobrze żyją w ramach zasad swojej grupy.
I teraz najważniejsze: kiedy ktoś lub coś kwestionuje nasze przekonania, gdy podważa naszą wizję świata, nasz mózg nie odczytuje tego jako zwykłej różnicy zdań. Odczytuje to jako zamach na naszą jedyną tarczę przed chaosem. W reakcji na ten lęk nie stajemy się bardziej otwarci, wręcz przeciwnie. Odruchowo i z podwojoną siłą okopujemy się na swoich pozycjach, broniąc swoich prawd jak niepodległości, bo bez nich czujemy się przerażająco boso i bezbronni.
Nie jest to oczywiście uniwersalne wyjaśnienie ludzkiego dogmatyzmu, a sama teoria jest przedmiotem naukowych dyskusji. Pokazuje jednak pewną możliwość: przekonania nie służą nam wyłącznie do opisywania rzeczywistości. Czasami pomagają nam również psychicznie wytrzymać fakt, że rzeczywistość nie jest pod naszą kontrolą.
I tutaj chciałabym się do czegoś przyznać. Ja czasami doskonale się czuję, ujarzmiając złożoność świata pytaniami i filozofowaniem. To jest dla mnie jak spacer w piękny dzień, przez bezdroża. Nie wiem, co zobaczę za kolejnym wzgórzem, dokąd mnie poniesie i gdzie właściwie zaprowadzi myśl, za którą właśnie podążam. I to właśnie czasem jest super, ta intelektualna przygoda, kiedy dostrzegam coś nowego, zmieniam perspektywę i odkrywam kolejne możliwości interpretowania świata.
Wiadomo jednak, że nie zawsze mam ochotę na przygody. Zdarza się, że rzeczywistość jest dla mnie tak trudna, nieprzewidywalna i groźna, że nie chcę już żadnych nowych horyzontów ani kolejnych filozoficznych pytań. Chcę wrócić do domu i opatulić się kocem z kojących przekonań, że wszystko będzie dobrze, że czeka mnie jeszcze wiele pięknych chwil, że są i będą wokół mnie ludzie, których kocham i którzy mnie kochają. Nie mam przecież żadnej gwarancji, że wszystko wydarzy się zgodnie z moimi nadziejami, ale potrzebuję czasami oprzeć się na przekonaniu, że przyszłość może być dobra.
Nie widzę w tym sprzeczności, dopóki nie zaczynam mylić nadziei z wiedzą. Nie każda potrzeba pewności jest objawem intelektualnej słabości; czasami jest po prostu ludzką potrzebą odpoczynku, bezpieczeństwa, znalezienia jakiegoś punktu oparcia. My po prostu potrzebujemy linii, granic, sądów i kontrastów, żeby cokolwiek wydobywać na światło dzienne. Żeby dostrzegać struktury, na których możemy się oprzeć, widzieć kształty i nazywać rzeczy w najbardziej właściwy, dostępny nam sposób.
Bóg w Księdze Rodzaju zaczyna stwarzanie świata od oddzielenia światłości od ciemności, od postawienia kategorycznej kreski. My robimy coś podobnego każdego dnia, żeby nie zwariować.
Niebezpiecznie robi się wtedy, gdy mylimy te rysowane przez nas na piasku linie z absolutną, wieczną strukturą świata, gdy zaczynamy ufać im bezgranicznie i przyjmować za dogmat.
Koszty myślenia i pokusa gotowych odpowiedzi
Myślenie i wątpienie kosztuje. Wiecie sami, jak jest. Jak się zaczyna nad czymś mocno zastanawiać, to się człowiek nie rozdwoi, czas jakoś wtedy zwalnia, ciało rusza się inaczej, dochodzi do tego, że można nawet sobie czasem przysiąść, zagapić się, zapomnieć o zdjęciu ziemniaków z ognia.
Rozkmina zatrzymuje, wyłącza na chwilę z obiegu, zabiera cię ze świata, w którym masz dostarczać, dowozić, decydować. To jest, Wysoki Sądzie, uchylanie się od obowiązków w biały dzień, choć częściej nocą, kiedy dochodzą do głosu wszystkie dysonanse i wątpliwości, z jakimi przyszło się nam zmierzyć.
A życie trwa i bez rozkminy, i chyba w większości bez – siłą pędu, na automacie nieraz. Pracy od groma, nadmiar możliwości, oczekiwania własne, społeczne i kulturowe, zdrowie, rodzina, pies, no ogółem jest się czym zajmować i bez filozofowania. Gdzie tu znaleźć czas i płatny urlop na myślenie o miliardzie spraw, które do nas trafiają, na wypracowanie, nomen omen, opinii na każdy temat, który poruszymy na piątkowym klasowym grillu?
Zanurzeni jesteśmy po uszy w wielu wymagających wymiarach życia, ale również w niezwykle intensywnych dyskursach publicznych, narracjach, które wlewają się nam do umysłu przez media społecznościowe, rozmowy z ludźmi i przestrzeń publiczną, dzisiaj zagraconą jak nigdy dotąd informacjami, bez których ja osobiście mogłabym się doskonale obejść.
W takich warunkach gotowe przekonanie bywa bardzo kuszące. Ktoś już sprawę przeanalizował (daj Boże), sformułował wnioski, rozstrzygnął wątpliwości i teraz możemy skorzystać z tej wiedzy, bez konieczności ponownego przechodzenia przez cały proces. Hurra!
Korzystanie z cudzej wiedzy jest oczywiście konieczne. Nie sposób samodzielnie weryfikować wszystkiego, co wiemy o świecie. Czasem jednak bywa tak, że przestajemy pytać o uzasadnienie cudzych przekonań, a zaczynamy przyjmować je głównie dlatego, że oferują nam upragniony spokój. Czasem przyjmujemy je nieświadomie, ponieważ wyświetliły się nam wiele razy.
Możemy w ten sposób oszczędzić sobie nie tylko wysiłku myślenia, ale również odpowiedzialności za własne rozstrzygnięcia. Przecież wszyscy tak myślą, przecież sprawa jest oczywista, przecież ktoś już dawno wyjaśnił, jak jest naprawdę.
Presja plemienia i handel pewnością
I tu dochodzimy do fenomenu, który szczególnie mnie niepokoi, a mianowicie do społecznej presji posiadania opinii.
Zauważcie, jak często najbardziej nośne i klikalne narracje składają się ze zdań kategorycznych, z tak zwanych „faktów niepodważalnych”, prawdy objawionej, czarno-białych diagnoz i błyskawicznych recept na wszystko. Znamy dziesiątki przykładów: od prawicowego „to zamach na cywilizację i jedyny naturalny porządek”, przez lewicowe „jeśli nie znasz najnowszego słownika inkluzywności, to znaczy, że jesteś moralnym potworem”, przez neoliberalne „szkoła czy etat to więzienie, wystarczy robić jak ja, a będziesz bogaty i wolny”, od przez duchowości spod znaku New Age z jej „sam przyciągnąłeś sobie raka złymi wibracjami”, przez religijny automat transakcyjny pod hasłem „Opłacona msza = załatwiona sprawa”, aż po nieśmiertelny «chłopski rozum», według którego „kiedyś nie było żadnych depresji, człowiek szedł w pole, robił swoje i nikt nie marudził”.
W tym świecie szybkich opinii niepewność zaczyna być traktowana jak skaza na honorze, jak defekt, słabość czy objaw braku inteligencji.
W naszym mocno spolaryzowanym, wręcz plemiennym nieraz społeczeństwie zmiana zdania bywa traktowana jak najgorszy grzech. Jeśli zmieniasz poglądy, społeczeństwo plemienne o wyraźnej radykalizacji światopoglądu nie myśli: „O, to dojrzały człowiek, przeanalizował nowe dowody i zrewidował swoje stanowisko”. Znacznie łatwiej usłyszeć, że wcześniej niczego dokładnie nie przemyślałeś, jesteś człowiekiem niepoważnym albo, co gorsza, dopuściłeś się zdrady wspólnej sprawy.
To zastanawiające odwrócenie porządku. Przecież człowiek, który zmienia zdanie pod wpływem nowych argumentów, niekoniecznie wcześniej myślał powierzchownie. Może właśnie to dowodzić, że myślenia nie zakończył, że pozostaje otwarty na nowe informacje i gotowy do weryfikowania własnych przekonań.
Tyle że w wielu bańkach społecznych, nieraz całkiem licznych, w społecznościach silnie zorganizowanych wokół wspólnej tożsamości pogląd na coś nie jest tylko poglądem. Jest deklaracją lojalności, znakiem przynależności, linią graniczną pomiędzy nami a obcymi. Zmieniając zdanie, wypadasz z bańki. Tracisz ochronę i akceptację grupy.
Jeśli mój światopogląd określa, kim jestem, do kogo należę i jak rozumiem własne miejsce w świecie, to zakwestionowanie jednego przekonania może być przeżywane nie jako intelektualna korekta, lecz jako zagrożenie dla całej konstrukcji mojego „ja”. Na tej potrzebie przynależności i pewności można zresztą całkiem nieźle zarabiać.
Spójrzcie Państwo na Internet, szczególnie na napędzane uwagą media społecznościowe, choć ostrzegam, że skutki uboczne mogą być dotkliwe. Spójrzcie na wszystkich tych biznesowych guru, doradców życiowych czy pyszniących się na YouTube komentatorów, którzy oferują nam gotowe odpowiedzi na najbardziej złożone pytania. Jak żyć, jak kochać, jak wychowywać dzieci, co jeść, jak inwestować, kto jest jaki, jak rozumieć politykę i gospodarkę. Niezwykle szeroki zakres kompetencji, często u jednej osoby. Wysyp zatrważająco wręcz mądrych ludzi, przeważnie o miłej aparycji i przepięknym białym uśmiechu.
Niektórzy nie tyle dostarczają wiedzy, ile gotowy pancerz. Oferują przekonanie, że wreszcie znaleźliśmy kogoś, kto wie, jak jest naprawdę, kto potrafi uporządkować rzeczywistość, wskazać winnych naszych problemów i uwolnić nas od konieczności samodzielnego zastanawiania się.
Czasami myślę, że przecież ci ludzie nie mogą być aż tak bezgranicznie przekonani o własnej nieomylności. Trudno mi uwierzyć, że nigdy nie dopadają ich wątpliwości, że nie dostrzegają niuansów i sprzeczności. Być może część z nich doskonale zdaje sobie sprawę ze złożoności spraw, o których mówi, tylko nauczyła się, że złożoność nie zawsze dobrze się sprzedaje.
Nie mam dostępu do ich głów, mogę jednak dostrzec pewien mechanizm: stanowczy przekaz łatwo przyciąga uwagę, pozwala budować poczucie przynależności i lojalność odbiorców, a niekiedy również bardzo intratny biznes. W takim modelu komunikacji pewność to towar, a wątpliwość to wada produktu. Towar ma być aktualny, obserwujemy więc fale tzw. hype’u (rozgłosu), wzmożonej intensywności z jaką dane hasło, afera czy uniwersalny wyrok przetaczają się przez sieć. W tym szalonym pędzie nie ma czasu na „chwilę namysłu”, nie ma miejsca na sprawdzanie źródeł, a już tym bardziej na ciche: „dajcie mi spokój, muszę to przetrawić”. Rekordy sprzedaży biją te odpowiedzi, które są natychmiastowe, czarno-białe i absolutne. Handlarze pewnością doskonale wiedzą, że przerażony, zmęczony chaosem człowiek nie szuka prawdy – szuka ulgi. A oni tę ulgę pakują w ładne pudełko i sprzedają z subskrypcją.
Konsekwencje nie ograniczają się do irytujących filmów w Internecie. Kiedy poglądy stają się znakami przynależności do wrogich obozów, pogłębia się polaryzacja, a argument przeciwnika bywa odrzucany nie ze względu na swoją treść, tylko dlatego że pochodzi od przeciwnika.
Kiedy siła przekazu zaczyna mieć większe znaczenie niż jakość uzasadnienia, powstają doskonałe warunki dla epistemicznej arogancji. Człowiek, który wie niewiele, ale wypowiada się z absolutnym przekonaniem, może sprawiać wrażenie bardziej kompetentnego niż ktoś, kto poświęcił danej dziedzinie kilkadziesiąt lat i doskonale zna granice dostępnej wiedzy.
Sama debata zaczyna wtedy przypominać konkurs na najbardziej niezachwianą opinię, tymczasem nauka rozwija się dzięki możliwości korygowania błędów, a demokratyczne społeczeństwo potrzebuje przestrzeni, w której możemy konfrontować argumenty, nie traktując każdej różnicy zdań jako zagrożenia. Zanika nasze krytyczne myślenie, szczególnie gdy oddajemy naszą uwagę jednemu czy kilku podobnym influenserom, bazującym na strzelaniu prawdą między oczy, jak to ujął Fisz w swoim utworze „6 minut mądrości”.
Drodzy Państwo, sztuka, poezja, literatura — przecież one nie zawsze dostarczają odpowiedzi. Czasami pozwalają nam zobaczyć coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy, komplikują sprawy pozornie oczywiste, odsłaniają wieloznaczność doświadczeń, których nie potrafimy zamknąć w prostych kategoriach. Trudno wyobrazić sobie twórcze poszukiwanie bez dopuszczenia możliwości, że istnieje jeszcze inna perspektywa, inne znaczenie, inny sposób opowiedzenia świata.
Oczywiście, epistemiczna pokora nie oznacza, że wszystkie poglądy są równie uzasadnione. Mamy prawo, a czasami obowiązek, zajmować stanowcze stanowisko wobec fałszu, krzywdy i niesprawiedliwości. Chodzi mi raczej o to, żeby nie mylić stanowczości z nieomylnością.
Przygotowując ten referat, sama musiałam uważać, żeby nie popaść w pewną pułapkę. Im dłużej zastanawiałam się nad ludźmi wygłaszającymi kategoryczne sądy, tym łatwiej przychodziło mi formułowanie coraz bardziej kategorycznych sądów na ich temat. A przecież nie chciałabym, żeby moje wystąpienie skończyło się wydaniem kolejnego wyroku na wszystkich tych, którzy wydają wyroki. Ta niepewność to jednak nie jest łatwa sprawa, łatwo stracić czujność, która jest warunkiem epistemicznej uczciwości i wdepnąć więcej gazu na autostradzie do sądów ostatecznych. Staram się być na tej autostradzie policją i wystawiam sobie samej czasem mandacik za przekroczenie pewności.
Krzywda sądów ostatecznych i uchylone okienko
Sądy ostateczne mogą wyrządzać krzywdę. Wie o tym każdy, kto w podstawówce miał pecha i usłyszał, że rudym się nie ufa, lub że jest dziwny, że jest być może „zdolny, ale leniwy”, że jest łatwy, albo że kabluje. Etykieta potrafi iść za człowiekiem przez dekady, paraliżując jego rozwój, bo otoczenie wydało wyrok i zamknęło przed nim drzwi do zmiany.
Sądy ostateczne niszczą nasze relacje z najbliższymi. Czy nie znacie Państwo sytuacji, w której straciliśmy przestrzeń porozumienia, a w końcu samą relację z kimś ważnym – z bratem, rodzicem, przyjacielem – tylko dlatego, że ten ktoś zaryglował się w swojej jedynej słusznej wersji rzeczywistości, odpornej na jakiekolwiek argumenty, czułość czy fakty?
To jest dla mnie największa tragedia kultury sądów ostatecznych: uniemożliwia nam spotkanie z drugim człowiekiem. Relacje z innymi ludźmi, ale również z samym sobą, możemy budować tylko przy uchylonym okienku, przy cichym, pokornym założeniu, że nie znamy przedstawiciela danego pokolenia, danej opcji politycznej czy jakiejkolwiek innej grupy tak dobrze, by wydawać o nim wyrok ostateczny.
Mało tego, to okienko musi pozostać uchylone zawsze, nawet wtedy, gdy znamy kogoś dwadzieścia lat. Nawet wtedy, gdy patrzymy w lustro na własną twarz.
Nie jesteśmy niezmienni, ukształtowani raz na zawsze. Nie sprawdza się najczęściej groźba wychowawczyni z podstawówki: „Z takimi ocenami to będziesz rowy kopał”. Jesteśmy w ciągłym procesie. Egzystencjaliści zwracali uwagę, że człowieka nie da się sprowadzić do raz na zawsze określonej istoty, że staje się poprzez własne wybory, działania i relacje ze światem.
Oczywiście mamy swoją historię, ograniczenia i konsekwencje wcześniejszych decyzji. Nie jesteśmy w stanie dowolnie wymyślić siebie od nowa, ale dopóki żyjemy, nasza historia pozostaje otwarta.
Jeśli zamkniemy okno i powiemy: „Ja wiem o Tobie już wszystko, niczym mnie nie zaskoczysz”, to w pewnym sensie uśmiercamy tę relację. Przestajemy spotykać się z żywym, zmieniającym się człowiekiem, a zaczynamy obcować z własnym, utrwalonym wyobrażeniem na jego temat.
A jeśli to samo zrobimy sobie? Jeśli uznamy, że znamy już całą prawdę o własnych możliwościach, ograniczeniach i przyszłości, być może rezygnujemy z części siebie, której jeszcze nie mieliśmy okazji poznać.
Nie chciałabym jednak, żeby prawo do niepewności zostało zrozumiane jako nakaz zawieszania wszystkich ocen. Możemy stanowczo powiedzieć, że czyjeś zachowanie było okrutne, niesprawiedliwe czy nieuczciwe. Możemy stawiać granice i nie musimy utrzymywać relacji, które nas krzywdzą.
Istnieje jednak zasadnicza różnica między oceną konkretnego czynu a przekonaniem, że ten czyn wyczerpuje całą prawdę o człowieku. Czasem cygaro jest tylko cygarem, jak mawiał Freud. To, że coś raz zrobiłam w czyimś mniemaniu źle, nawet w swoim własnym osądzie źle, nie znaczy, że zawsze tak będę robić, nie znaczy prawdopodobnie nic poza faktem, że zrobiłam raz coś źle. Nie ma się co biczować, zamartwiać, ruminować, antycypować kolejnych własnych lub czyichś złych wyborów. Wojciech Eichelberger przytacza następujący przykład: kot, któremu nie udało się złowić myszy, prawdopodobnie nie wydaje o sobie sądu ostatecznego, nie myśli też, co powiedzą o nim inne koty, czy że myszy będą się z niego śmiały. Albo znów zacznie polować albo pójdzie odpocząć.
W tym miejscu epistemiczna pokora staje się czymś więcej niż intelektualną cnotą. Nabiera wymiaru etycznego. Nasze sądy dotyczą przecież nie tylko abstrakcyjnych twierdzeń, ale konkretnych ludzi, ich poczucia własnej wartości, możliwości rozwoju i relacji ze światem.
Dlatego warto uważać na zdania zaczynające się od słów „ty zawsze”, „ty nigdy”, „ty wszystko”. Bardzo łatwo zamienić nimi chwilową obserwację w całościowy wyrok.
Odwaga do niewiedzy
Co nam zatem pozostaje? Czy mamy przestać podejmować decyzje? Czy mamy bać się wypowiedzieć jakiekolwiek zdanie? Nie no, nie będziemy popadać w kolejny radykalizm, sądy ostateczne zamieniajmy w operacyjne, z założenia czasowe, z uchylonym okienkiem na nowe dowody.
Możemy działać, wybierać, kochać, angażować się, bronić ważnych wartości i podejmować stanowcze decyzje, a jednocześnie pozostawać świadomi własnej omylności.
Spektrum zdziwienia, w którym sama codziennie się znajduję, wiedzie od szoku i niedowierzania, prowadząc przez zawiłe ścieżki overthinkingu, nocnych analiz i rozkmin na pograniczu fantasy i serialu „Dr House”, aż do namiastki pewności.
Czym jest ta namiastka? To moja osobista, odpowiedzialna zgoda na jakąś wersję rzeczywistości, na tu i teraz. Ale zawsze z tym małym, ratującym życie okienkiem otwartym na nowe dowody, nowe emocje i nieprzewidziane biegi wydarzeń.
Sądy, które wydajemy, muszą być nieostateczne, dlatego, że żaden z nas nie powinien mylić własnej perspektywy z całym dostępnym światem.
Sto procent pewności co do wszystkiego to kusząca obietnica fanatyków, naciągaczy z TikToka, autorytarnych dyktatorów i internetowych handlarzy prawdą. Cała piękna, głęboka, miękka, ludzka reszta, wszystkie odcienie, przejścia tonalne i piękno świata mieści się w tych pozostałych ułamkach procenta.
To tam, w tym rozmywającym się spektrum, w tym nieostrym fragmencie obrazu, gradientach i paletach barw, które dostrzegamy tylko wtedy, gdy się zatrzymamy i uważnie na nie spojrzymy, znajduje się miejsce na prawdziwą rozmowę, na empatię, na przebaczenie. Postawa otwartości, odwagi do zmiany zdania nie jest ujmą, labilnością, niewiedzą czy słabością. To prawdziwie męskie, kobiece cechy, po prostu dojrzałe, uczciwe i odpowiedzialne wobec siebie i innych ludzi, tak samo jak my rzuconych w wielką egzystencjalną niepewność bytu w tym ogromnie skomplikowanym świecie.
Sandra
PS artykuł jest zapisem referatu wygłoszonego przez Sandrę w trakcie II Kongresu Filozoficznego Kalokagatii, który odbył się 18 października 2026 r. w Krakowie.

.jpg)

Komentarze
Prześlij komentarz