Wspomnienie o Davidzie Lynchu (1946-2025)
Wieczorem, 16 stycznia zobaczyłem wiadomość o śmierci Davida Lyncha. Napełniło mnie to smutkiem, albowiem amerykański reżyser i jego twórczość miały ogromny wpływ na moje upodobania filmowe oraz muzyczne, a być może również na całe moje dalsze życie.
Po raz pierwszy usłyszałem o Lynchu, tak jak wielu ludzi z mojego pokolenia, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. W tamtym czasie w telewizji emitowano, jak mi się wtedy wydawało, niesamowicie straszny serial „Miasteczko Twin Peaks”. Żaden inny horror, których wtedy oglądałem naprawdę mnóstwo, nie wywierał na mnie tak hipnotycznie przerażającego wpływu jak fascynujący „Czerwony Pokój”. I oczywiście ta zagadka – kto tak naprawdę zabił Laurę Palmer? Ta kwestia dręczyła mnie w różnych przypuszczeniach jeszcze przez wiele lat.
Byłem tak bardzo pod wrażeniem tego, co zobaczyłem, że długo po emisji zbierałem przedmioty związane w jakiś sposób z „Miasteczkiem Twin Peaks”: szkolne zeszyty, dziennik z bohaterami na okładce, a także oryginalna licencjonowana kaseta audio ze ścieżką dźwiękową. Nawet na zajęciach z techniki, kiedy zajmowaliśmy się wypalaniem w drewnie, jako jedyny w klasie (a może i w całej szkole) zamiast słońca i kwiatków wypaliłem na desce mapę do Czarnego Wigwamu z mojego ulubionego serialu. W wieku nastoletnim stałem się szczęśliwym posiadaczem wymarzonego „Sekretnego dziennika Laury Palmer” — książki autorstwa Jennifer Lynch, córki Davida Lyncha. Znalazłem ją na miejskim rynku, i przeczytałem w jeden wieczór.
Lynch był znany ze swoich sztuczek: główna bohaterka na ekranie w latach 90. wypowiada swoją tajemniczą frazę: „Zobaczymy się za 25 lat”, a oto po ćwierćwieczu znowu zobaczyliśmy tę samą obsadę. W 2017 roku ukazał się trzeci sezon „Miasteczka Twin Peaks” — przed jego premierą dosłownie odliczałem godziny i minuty. I okazał się zupełnie inny, niż się spodziewałem. Każdy odcinek oglądałem dosłownie z otwartymi ustami, w ogóle nie rozumiejąc, czym to właściwie jest, i co się dzieje, ale nie mogłem oderwać się od ekranu. Tymczasem w Internecie pojawiało się coraz więcej negatywnych recenzji, niskich ocen i gniewnych komentarzy. Większość ludzi oczekiwała jednak kontynuacji przygód nieustraszonego agenta FBI, a zamiast tego otrzymali absurdalną i niezrozumiałą historię o elektryczności, wybuchu jądrowym i nieskończonym życiu we śnie, we śnie, we śnie…
Trzeci sezon „Miasteczka Twin Peaks” od tamtej pory stał się dla mnie jednym z najbardziej ulubionych dzieł (trudno go nazwać serialem w tradycyjnym rozumieniu). W tej ekranizacji znalazłem potwierdzenie wielu swoich przemyśleń i teorii, o których wcześniej rozmyślałem. Po pierwsze, to rozmycie granic między dobrem a złem. Po drugie, problem absurdalności otaczającej nas rzeczywistości. Dla mnie to jedno z najbardziej realistycznych dzieł sztuki, gdzie bohaterowie zachowują się nieadekwatnie i nonsensowne, ale właśnie dzięki temu wydają się maksymalnie żywi i prawdziwi…
17 listopada 2017 roku miałem szczęście uczestniczyć w wieczorze autorskim Davida Lyncha w Kijowie. Pamiętam, jak tylko pojawiły się pierwsze informacje o jego planowanej wizycie w mieście i możliwości uczestnictwa w tym spotkaniu, długo się wahałem — biletów było mało, i były drogie, a w opisie podano, że wydarzenie będzie trwało nie dłużej niż dwie godziny. Jednak ciekawość wzięła górę, i udało mi się kupić jedną z ostatnich „wejściówek”.
Na wydarzenie przyjechałem około godzinę wcześniej z nadzieją, że uda mi się spotkać Lyncha przed występem i zdobyć wymarzony autograf na dużym plakacie z wizerunkiem Laury Palmer z pełnometrażowego filmu „Twin Peaks: ogniu krocz za mną”. Okazało się, że takie plany miałem nie tylko ja — grupa jego fanów, około 20 osób, już czekała przy wejściu do budynku, gdzie miało odbyć się spotkanie.
Jednak bohater przy głównym wejściu się nie pojawił. Jak się później dowiedzieliśmy, Lynch nie planował spotkań ze swoimi fanami w takim formacie, dlatego skorzystał z „tylnego wejścia”. Druga próba zdobycia autografu i wręczenia prezentów miała miejsce po jego występie. Teraz zebraliśmy się przy wyjściu z sali, gdzie właśnie zakończyło się spotkanie — wydawało się, że zaraz wyjdzie prosto do nas. Ale minęło 15 minut, 20… pół godziny… i w końcu zamiast reżysera wyszedł jeden z jego ochroniarzy, i po angielsku wyjaśnił, że twórca już opuścił budynek i przekazuje nam wszystkim podziękowania.
Co do samego występu — nie mogę powiedzieć, że byłem zachwycony, ale też nie byłem rozczarowany. Ze sceny David spokojnie opowiadał krótką historię swojej twórczości, o trudnościach, z jakimi się spotykał, i o medytacji transcendentalnej, dzięki której znajduje pomysły na swoje dzieła. Jednak te historie i wskazówki słyszałem już wcześniej. Wydawało się, że dosłownie cytuje całe zdania i opowieści, nie dodając niczego nowego. Mimo to na scenie stał żywy i prawdziwy David Lynch — człowiek, którego nazwisko usłyszałem jako małe dziecko, i które towarzyszyło mi przez te wszystkie lata, czasem nawet w najtrudniejszych okresach życia.
Medytacja nigdy mnie nie interesowała, i choć Lynch wielokrotnie powtarzał ze sceny o potrzebie codziennego zanurzania się w głębię swojej świadomości, nigdy nawet nie spróbowałem tego zrobić. Jednak coś wyniosłem z tego spotkania — mały notes, który od tamtej pory zawsze mam przy sobie. David opowiadał, że od wielu lat korzysta z takiego notatnika i zapisuje w nim wszystkie swoje pomysły i ważne myśli, które mogą pojawić się nagle, w każdej chwili i w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Od tamtej pory taki zeszyt noszę i ja, i naprawdę już wielokrotnie mi się przydał.
Dziś z radością wspominam tamten dzień i to nieoczekiwane spotkanie z żywym Davidem Lynchem. Teraz mogę z całą pewnością wyciągnąć wniosek: kiedy pojawia się okazja spotkania z żyjącym człowiekiem, którego uważacie za geniusza — czy to koncert, wieczór autorski, czy coś innego — nie przegapcie tej szansy. Takich ludzi z każdym rokiem jest coraz mniej.
Teraz żyjemy w świecie, w którym Davida Lyncha już nie ma. Wraz z tym pojawiło się poczucie pustki, jakby zniknęło coś, co z definicji nie mogło zniknąć. Na szczęście wciąż pozostanie jego twórczość: muzyka, filmy, obrazy, fotografie. Jest tego, na szczęście bardzo dużo. Jednak nie ma już tego uczucia, że gdzieś tam, tysiące kilometrów stąd, właśnie teraz, w tej samej chwili, żyje i kreuje nowe światy legendarny David Lynch.
Nie wiem, czy doczekam się drugiego tak ważnego dla mnie twórcy, na którego kolejne dzieła czekałbym z takim oczekiwaniem i entuzjazmem.
Denis

Komentarze
Prześlij komentarz