Filozofia macierzyństwa w kilku słowach
Gdy matka tuli w ramionach dziecko swe
Jej miłość staje przeciw złym mocom
Tak ludzie modlą się o urodzajny deszcz
Jak ona czuwa nad nim nocą
Golden Life „Życie choć piękne tak kruche jest”, 1995
Tekst: Jarosław Turbiarz
Unikam uogólnień, dlatego nie napiszę, że wszystkie matki, ale z pewnością przeważająca ich liczba podpisałyby się pod powyższym cytatem własną krwią. Mogę powiedzieć za siebie, że doskonale te słowa rozumiem i się z nimi utożsamiam, a podkreślam to celowo, żeby zapewnić każdą z osób, które będą czytać mój wpis, iż wypowiadam się w nim przede wszystkim w swoim imieniu. Dzisiaj obchodzimy Dzień Mamy, czyli także mój dzień, zatem występuję w roli mamy-filozofa, bo tak już mi zostało po studiach, że na warsztat filozoficzny biorę wszystko, na co tylko mam ochotę.
Zacznę może od tego, że dzisiejsze święto było kiedyś przeze mnie mocno bagatelizowane w odniesieniu do mnie samej. Dlaczego? Jestem mamą już od dawna, i od dawna wszystko, co dotyczy mnie samej, przestało być dla mnie ważne. To jeden z uroków macierzyństwa, dla mnie naturalny. Tych uroków jest znacznie więcej, na tyle dużo że nawet napisanie tego artykułu stanowiło organizacyjny problem 😀
Jednak staram się wyłuskać trochę czasu na pisanie, ponieważ dopiero niedawno poddałam rozważaniu, co dla mnie oznacza bycie mamą nieco szerzej, a to w wyniku pewnej rozmowy, w której mimochodem padły z moich ust takie słowa: „już nie jestem sobą”. To pociągnęło kolejne pytania, między innymi o to, co oznacza „bycie sobą”. I właśnie o tym jest niniejszy tekst.
Pominę oczywiste oczywistości związane z wejściem na ścieżkę macierzyństwa (chroniczny brak czasu, odsunięcie na dalszy plan lub rezygnacja z osobistych planów, ograniczona swoboda, bycie w nieustannym ruchu i tak dalej, i tak dalej). Chcę się skupić wyłącznie na kwestii tożsamości, istoty bycia tym, kim się jest.
W środowiskach, w jakich obracają się moje dzieci, przedstawiam się jako mama (imię danego dziecka), a na marginesie tylko jako Ola. Zawsze jednak w odniesieniu do tej właśnie funkcji. Jest tak, ponieważ w niektórych sytuacjach liczy się przede wszystkim to, że jestem czyjąś mamą. W niektórych… Czy tylko w niektórych?
Każdy buduje swój świat, swoją rzeczywistość wokół siebie i swojego „ja”. Dorasta, pozyskuje doświadczenia, uczy się, zawiązuje przyjaźnie. Krystalizuje swoje zainteresowania, żyje zgodnie z upodobaniami. Planuje czas i podejmuje decyzje w odniesieniu do własnych zamierzeń. Ocenia rzeczywistość według własnych wartości, pragnień, potrzeb.
Wewnętrzne „ja” jest spójne, jednorodne. Jest ono centrum umysłu, uczuć, przeżyć, decyzji i wartościowania. Posiadając istotę samego siebie, osoba wie, czym owa istota jest, i wydaje się być ona nienaruszalna.
Są jednak sytuacje w życiu człowieka, które ten porządek burzą, często diametralnie przekształcają istotę własnego „ja”. W tych sytuacjach człowiek poddany jakiemuś czynnikowi staje się kimś istotowo zupełnie innym: mogą być to na przykład traumy, nieodwracalne kalectwo, albo – żeby nie było zbyt negatywnie – osiągnięcie sukcesu i zostanie celebrytą. Otóż macierzyństwo również należy do stanów, które w niezwykły sposób wpływają na istotę tego, kim dana osoba jest.
Zanim zostałam mamą, byłam przede wszystkim Olą. Uświadomiłam sobie ostatnio, że Olą jestem już tylko przy okazji tego, że istnieję jako matka.
Zostając matką ulega się pewnego rodzaju rozdwojeniu, a przy kolejnych dzieciach następnym podziałom jestestwa. Tak, życie w pewnym sensie dzieli się na części. Nie jest się już tylko sobą. Mała istotka, jaką jest dziecko, to, w pewnym sensie, przedłużenie kobiety. Wraz z pojawieniem się dzieci, życie zaczyna koncentrować się przede wszystkim na nich. Od tego czasu wartościuje się, planuje, decyduje i ocenia rzeczywistość w odniesieniu do dzieci oraz do swojej rodzicielskiej roli. Ten stan jest nieodwracalny, to rozczłonkowanie, jakiemu kobieta ulega w momencie wydania na świat potomstwa, zostaje z nią na zawsze.
Przemiana nie-matki w matkę jest przemianą na poziomie ontologicznym, w dodatku wielowymiarową. Dziecko, chociaż jest osobnym bytem, w pewien sposób jest przez matkę z nią utożsamiane. Myślenie matki o wszystkim, co dotyczy dziecka, jest tak intensywne, jakby dotyczyło jej samej, tylko budzi jeszcze większe emocje, które często są związane z trwogą.
Czy jako matka przestałam być sobą? Czy przeciwnie – zaczęłam bardziej być sobą? Skoro te dwie Ole są tak różne, to która z nich jest prawdziwa? Co o tym decyduje? Co sprawia, że jest się sobą? Może pewne przemyślenia i wnioski dopiero przede mną, bowiem teraz nie znam jeszcze odpowiedzi na wszystkie pytania. Mogę tylko powiedzieć, że macierzyńska rola jest najważniejszą i najlepszą, w jaką mogłam wkroczyć.
Na zakończenie życzę wszystkim matkom w dniu ich święta, by stając się nową „ja”, nie zapomniały o tej starej i o jej marzeniach 😊 Uszczęśliwiajcie także siebie!
Ola, Mama Filipa (9 lat), Michała (5 lat) i Piotrusia (0,5 roku)


Komentarze
Prześlij komentarz